poniedziałek, 23 marca 2009

Warhol tour


Wiosenne przesilenie rozpoczęte (bo kalendarz zapchany od teraz do końca czerwca).
Po kolei jednak (o ile to w ogóle możliwe). Weekend upłynął pod znakiem Warhola, Karpat i muzyki, czyli najlepiej jak można. POstaram się cokolwiek odtworzyć, obiecywałam wprawdzie zapisywać (i nawet trochę mi się udało)

20.03
Na przełęczy Vabec światło po raz pierwszy, bo wcześniej śnieg, dużo śniegu (jeszcze w czwartek późnym wieczorem na trasie do Nowego Sącza i rano w samym Nowym Sączu). Im dalej na południe, tym jaśniej, jak zwykle nikt nie wierzy w moje zaklinanie słońca. Jeszcze przed Sabinovem uśmiecham się z satysfakcją: a nie mówiłam? Obiad w Velkym Sarisu, tuż naprzeciw browaru (w sporym kompleksie 'rekreacnym" Saris Park), znakomita widoczność, Szarysz w całej krasie, pasma gor za nami układają się jak do albumu ze zdjęciami z wycieczki. Jano dzwoni, umawiamy się na dobrze znanej "Szelce" za Baumaxem w Koszycach, popilotuje nas na Alzbetiną. I dobrze, inaczej nigdy byśmy tutaj nie trafili, Koszyce znamy jak własną kieszeń, ale nigdy z samochodu. W Hevhetii szybko namierzam dwie płyty Ernsta Reijsegera (niestety, nie ma "Requiem for Dying Plant"), które padną moim łupem i szybko rozkpakowujemy sprzęt. Konsternacja: Steinberger został w samochodzie Gosi w Nowym Sączu, którym przyjechaliśmy z Krakowa, pozostaje mi więc wyłącznie ukochana Epiphone nastrojona w nietypowym D, nici z bardziej noise'owych kompozycji. Gramy jednak z dużą przyjemnością, mimo wczesnej godziny zjawia się całkiem niezła grupka, wraca wspomnienie amerykańskich in-store'ów. Tym bardziej, że trzeba dosć sprawnie znowu się spakować, bo o 19.00 kolejny koncert, w Knihkupectvie Christiania w Presovie. I to ma być podobno weekend... Nie zdążyliśmy nawet zerknąć na koszyckie Korzo, nie wspominając już o żelaznych punktach programu: fontannie i lodach (wiadomo-gdzie).
Krążymy po Presovie szukają pensonatu Hradby i z nostalgią dostrzegam opustoszałą ruderę stacji Presov-Mesto, ech, ileż to razy John nas tutaj podwoził i stąd odbierał...Upojne weekendy w służbowym mieszkanku na Sidlisku, spędzane głównie na testowaniu słowackich i węgierskich win oraz rozmaitych bzdurach w rożnych stacjach telewizyjnych (i, nie kryjmy, również paru fajnych wycieczkach po okolicy). Christiania przy Hlavnej 105, dwa piętra księgarni i klubu, pamięam jeszcze poprzednią miejscówkę sprzed lat na Okruznej bodajże. Zaskoczenie totalne: ni stąd ni z owąd zjawia się Miso Smetanka z całą ekipą znajomych, co zapowiada, że wieczór trochę potrwa (i tak też się stało, i zaowocowało później włóczęgą samochodową po Levockich Vrchach, zanim namierzyliśmy Brutovce).
Noc znacznie krótsza niż by się chciało.

21.03
Dzisiaj eksploatujemy miejsce. Wciaż nie wiem, co kryje ta myśl, która nawiedziła mnie znienacka w restauracji penzionu Andy naprzeciw Muzeum Moderneho Umenia (popularnie zwanego po prostu Muzeum Andy Warhola) w Medzilaborcach. Może chodziło o to gorączkowe polowanie na ujęcia, kadry i sytuacje, a może o to, że każdy ma tutaj własną rzeczywistość i że bardzo rzadko spotykają się one ze sobą. Ta "turystyczna", która każe przymykać oczy na postępującą od lat dekompozycję, degradację i rozkład socjalowej bryły Muzeum, a także jego koncepcji (a raczej jej braku). Ta "miejscowa" w wielu wariantach: romskiej dumnie noszącej w plastikowych siatacj zdobycze z pobliskiego Tesco, biznesowej (przy sąsiednim stoliku) polsko-słowackiej ("to trzeba zrobić tanio, zrobimy to najtaniej, ale dobrze, no nie tak najlepiej, ale będzie fajn", "dobre, v pohode"), elitarystycznej ("pracownicy muzeum czytają pismo "..." od pierwszeg numeru, co i Państwu polecają") odwróconej plecami do motłochu, europejskich projektów i potrzeby komunikowania się z otoczeniem, prowincjonalnej (zwłaszcza wariant "siska na susce" powalający, choć nic nie brakuje i landszaftom w sali na parterze, płytom "Top Disco Hits" i czasopismom wojskowym "Obrana" w sklepiku Muzeum) i dziesiątkom, a może setkom warstw historii pleniących się w tej przestrzeni. Eksploatujemy ją, to znaczy przyjeżdżamy z gotową wizją i wybieramy kawałki, które do niej pasują. Dzisiaj to mnie nie interesuje, dzisiaj wolę się zastanawiać nad tym, jak - i czy - one jakoś (i jak?) wchodzą ze sobą w relację. Mój umysł zmęczył się koniecznością wprowadzania porządku, kategoryzacji, posiadania interpretacji albo wytłumaczenia. Dzisiaj mnie to nie interesuje. Interesują mnie szczegóły, obce historie opowiadane przy sąsiednich stolikach (jakoś wytrzymam dym nikotynowy, żeby dowiedzieć się, jak się skończyła historia Jany bez dziecka).
W tym wszystkim przypadkowy (ale kompletny) brak koncepcji ekspozycji w Muzeum sprawia ulgę, pozwala odpocząc od wszechobecnych w muzeach - i mniej czy bardziej subtelnie narzuconych - narracji. Tutaj kurtka ze skóry węża z powiększonym dokumentem podania o wizę dla siostry Julii Warholovej-Zavackiej oraz rozmaite dokumenty urodzin, chrztu i zgonu mówią o Andym więcej niż niejedna perfekcyjnie przygotowana, bogata w "oryginały" (ci, któryz krytykują Muzeum w Medzilaborcach za brak "prawdziwych" prac Warhola muszą być zupełnie pozbawieni
poczucia ironii) wystawa których wiele już widziałam. Poza tym inaczej jest wyjść z takiej wystawy na ulicę w Montrealu, Londynie czy Nowym Jorku na nienagannej czystości trotuar, kolorowe neony, magię tzw. centrum, a inaczej jest zamknąć za sobą drzwi z widokiem na cerkiew, rozmoknięty kawałek śniegu, nieudaną fontannę z figurą Andy'ego, nie wiedzieć dlaczego, pod parasolem, z którego skorodowanych drutów spływa mu na głowę rdzawa woda, na fasady pokryte resztkami bilboardów i plakatow wyborczych ("Vol'te svobodne"), a gdzieniegdzie wypłowiała farbą, na graficzny w czytsości barw napis Tesco i odpadki porzucone wokół kosza na śmieci, wszystko w aurze natychmiastowej potrzeby ucieczki. I to drguie doświadczenie mówi o Warholu znacznie więcej, jak dla mnie, niż odpicowane plakaty światowych galerii. Z jakichś przedziwnych powodów tutaj czuję się bardziej u siebie. Tam jest wygodnie, estetycznie i miło, tutaj - niewygodnie, nieestetycznie i niemiło, ale tutaj świetnie mi się myśli. Na przykład takie Wielkie Koło: Julia wyjechała ok. 1921 do PIttsburgha, z Czechosłowacji, kilkadziesiąt lat później młody pisarz, Vaclav Havel, kupi sobie w Nowym Jorku płytę Velvet Underground, którym zainspiruje się grupka muzyków znanych znacznie później jako Plastic People of Universe, mur berliński upadnie m.in. dlatego, że ludzie chcą grać i słuchać tego, co im się podoba. Chcą energii. Vaclav Havel, rokendrolowy prezydent, którego my nigdy nie mieliśmy.
Albo: gdyby Julia nie odważyła się na daleką, niebezpieczną wyprawę, kim byłby Andy i kto byłby Andym?
W Muzeum są trzy toalety: damy (M. Monroe), pani (J. Hendrix) i motyli (motyl). Chciałam skorzystać z tej dla motyli oczywiście, ale byla zamknięta. A jednak jest nadzieja.
A pizza w La Cucarachy w Presovie tak samo dobra, jak wtedy, kiedy siedzieliśmy tutaj po raz pierwszy z 6 lat temu z Johnem.

22.03
Powrót. Jak zwykle w miarę zbliżania się do granicy polskiej przybywa szarych chmur i zaczyna siąpić, kawa staje się coraz bardziej mulista. Ale po staremu wszystko jest w ruchu: kiedy docieramy do Starej Lubovni i jak zwykle pochłaniamy specjały zamagurskie u Franka, nadciąga Mirka. Przyjechała z Brna na trzy dni, wystarczyło, żebyśmy się spotkali. Kiedy siedzimy nad kawą, dzwoni Slavo, wraca dzisiaj z Londynu, po ponad pół roku przyjeżdża na tydzień. Nie zdążymy się wprawdzie spotkać, bo dopiero co wylądował w Popradzie, ale wszystko zbiega się prawie dokładnie, prawie tu i prawie teraz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz