poniedziałek, 27 lipca 2009

tundra experience!

Po mniej wiecej 10 dniach pod namiotem w tundrze (takiej bardziej gorskiej) i kompletnie poza zasiegiem cywilizacji technicznej (nie liczac stanowiska komputerowego z Internetem w Kebnekaise Fjallstation) wracam absolutnie szczesliwa. To bylo niesamowite doswiadczenie, okazuje sie, ze przez cale zycie tesknilam za daleka Polnoca, tylko o tym nie wiedzialam (no moze ostatnio troche bardziej to przeczuwalam). A teraz sauna w hotelu Scandic w Kirunie (choc najfajniejsze byly sauny po 7 godzinach marszu z dosc ciezkim plecakiem, w schroniskach pozbawionych biezacej wody, ale za to z dostepem do zimnego, gorskiego strumienia, jak w Alesjaurestugorna). O tym wszystkim bedzie oddzielnie, jak juz zrzuce tysiac zdjec i bede wreszcie przy moim wlasnym Maczku z odpowiednia klawiatura. Poki co, jeszcze losie i renifery zagladaja do okien (prawie) i czuje zapach tundry, od ktorego chyba sie uzaleznilam. Wracam tutaj w zimie na narty.

czwartek, 16 lipca 2009

Laponia coraz blizej

Zabawiaja nas spoty reklamowe wyswietlane na monitorach kioskow internetowych na lotnisku Arlanda, z losiami, ponurymi Skandynawami i reniferami w glownych rolach - nawet ogladajac ten sam spot z losiem na stanowisku pracy po raz trzeci smiejemy sie nieprzytomnie. Troche chyba po to, zeby odreagowac mape pogody podejrzana gdzies na monitorze po drodze, pogodynka z szerokim, szwedzkim usmiechem pokazywala daleka Polnoc pokryta chmurami, z ikonka z wieloma kroplami i temperatura 14 stopni C (to w dolinach, bo tysiac metrow wyzej ma byc... 3 stopnie i deszcz ze sniegiem w sobote). Przed chwila widzielismy faceta z nartami, wiec cos w tym jest? Coz, nie ma juz raczej odwrotu, za 45 minut samolot do Kiruny i witaj przygodo. Na poczatek trzeba kupic butle gazowe, ktore okazaly sie byc jednym z tych artykulow, ktorych nie mozna przewozic na pokladzie samolotu (skadinad logiczne!) i naprawde nie wiem, jak to sie stalo, ze puscili je w bagazu przez kontrole (?) w Balicach.

środa, 15 lipca 2009

Ryggerfjord

Zalogowani w hostelu na lodzi, darmowy Internet, ale zwariowana klawiatura i jestem zbyt zmeczona, zeby poszukac polskiej klawiatury. Jest 21.30, zupelnie jasno i nie moge sie przyzwyczaic. Lowie dzwieki, zwykle w podrozy wyostrza mi sie sluch i wech. Odnalezlismy ulubiona vegetarisk restaurang przy Stora Nygatan na Gamla Stan, czyli tutejszej starowce i teraz objedzona nieprzytomnie, pije miejscowe piwo z widokiem na zatoke.

wtorek, 14 lipca 2009

już jutro!


View Rygerfjord Hotel & Hostel in a larger map
Mam nadzieję, że jutrzejszy wieczor spędzimy już w naszym hostelu na łodzi w Sztokholmie, a później... dzikie ostępy. Oczywiście pomyliłam się o jeden dzień i dopóki nie wydrukowałam biletow lotniczych, byłam swięcie przekonana, że startujemy 14.07. Po drodze spotkamy się z Matsem i Anną oraz Katją i Miriam, jak zwykle w Szwecji, kiedy przejeżdżamy przez Sztokhom i spędzamy tam więcej niż kilka godzin - ech, to w końcu im zawdzięczamy szwedzkiego bakcyla, bo pomysł na wędrówkę na Północy powzięliśmy gdzieś między wybrzeżem Bałtyku w okolicach Trosy a spokojnym jezioremw Ornskoldsvik (znacznie bardziej na północ). Pomysł dojrzał ostatecznie podczas bojowej i pamiętnej wyprawy z Andersem w lutym 2008 do Jokkmokk i teraz na sofie piętrzy się stos, który jutro trzeba będzie zmiescić w dwóch plecakach (z namiotem i sprzętem biwakowym włącznie!). Podobno w Abisko Turiststation jest internet, ale niewykluczone, że podążymy od razu do Abiskojaure i tam zapewne zostanę odcięta od netu na co najmniej tydzień (pod Kebnekaise, czyli w Fjallstation pod szczytem jest jakiś dostęp).

piątek, 10 lipca 2009

jeszcze trochę

Już zaczęłam pakowanie oraz intensywny nasłuch: codziennie śledzę, jak wygląda okolica Abisko Station, sprawdzam prognozy i pogodę, sprawdzam po kolei schroniska na trasie, jednym słowem, nie mogę się doczekać. Już we środę ruszamy via Sztokholm do Kiruny a później w Góry Skandynawskie, na sam ich północny kraniec, za krąg polarny. Tygodniowy trekking odcinkiem Kungsleden (Szlakiem Królewskim) pewnie się przedłuży, bo chcemy zboczyć także do schroniska Unna Allakas i może przejść 2 km dalej, już do Norwegii. Generalnie trasa wygląda tak oto: z Abisko Turisstation do Nikkaluokta, przez Unna Allakas i może Cunojarvi (już po stronie norweskiej), z małym przystankiem wokół najwyższego szczytu Gór Skandynawskich, Kebnekaise (pokrytego lodowcem!), które wysokość, ze względu na topnienie pokrywy lodowej, nieustannie ulega modyfikacji. Jeśli będziemy mieć szczęście, to trafimy do wiosek saamskich w okolicy Singi, Unna Allakas i Nikkaluokta. Ciekawe, co na to renifery.

czwartek, 9 lipca 2009

D90


To oczywiście musiało być pierwsze zdjęcie z nowej serii. Nowe otwarcie, bo po pierwsze: Nikon D90 z Nikkorem 18-200 leży na półce (tzn. spoczął przed chwilką, po małej sesji wstępnej, jak zwykle, chmury, kot, widok z balkonu itp.), po drugie: właśnie zakwitła jedna z moich róż, którą pieczołowicie staraliśmy się odratować po sklepowych torturach. Nie wiem, co bardziej mnie ucieszyło. Aparat, to jakby wrócił do domu ktoś bliski i jakby znowu wszystko było na swoim miejscu. Jest coś przyjemnie zmysłowego w fotografowaniu, jakiś rodzaj radości eksploracji, być może również potrzeby zatrzymania, ale w dobie lustrzanek cyfrowych, kiedy równie łatwo można rozstać się z tym, co zatrzymane (albo raczej to, co zatrzymane jest nader iluzoryczne) wszystko to jawi się nieco inaczej. W każdym razie harówa ostatnich mesięcy okazała się wreszcie spełnieniem (bo pracy pozbawionej sensu zupełnie bym się nie podejmowała).

poniedziałek, 6 lipca 2009

blokowiska, korporacyjne polityki, dzikie życie w mieście

Po Amsterdamie natychmiast nastąpiły dwie podróże w znacznie bliższe rejony: jedna do Nowej Huty (a właściwie do Mogiły), a druga do Jastrzębia Zdroju (nie licząc godzinnego pobytu w Nowym Sączu w piątek rano). Co natchnęło mnie dość przewrotną wizją: blokowiska z lat 70-tych są przyjemniejszym środowiskiem życia niż nowe osiedla z pierwsych lat nowego tysiąclecia. Zarówno przejeżdżając przez Bieżanów do Mogiły (egzotyczny wariant ominięcia centrum miasta oraz Nowohuckiej), jak i spacerując po Jastrzębiu Zdroju, nie mogłam się oprzeć smutnej konstatacji, że zasadzone te blisko 30 lat temu drzewka, krzewy i trawniki zdążyły urosnąć, że ktoś w ogóle zostawił dla nich przestrzeń, że odległość między budynkami planowano dość hojnie (nawet, jeśli wielka pyta nie zachwyca) i że da się tam oddychać. Najnowsze osiedla w większości składają się z parkingów, budynki ścieśnione są maksymalnie (a jak oglądałam kilka mieszkań przed dwoma laty, to zastanawiałam się, kto kupuje 60-cio metrowe "trzypokojowe" z pokojem wielkości niespełna 10 m2), każdą woną przestrzeń wypełniają samochody, a zieleń zostala zredukowana do rachitycznych pniaczków ozdobionych pędzelkami "ozdobnych" liści (cala energia idzie za to na staranne przycinanie trawników, które nigdy nie mają czasu odrosnąć). Polska jest krajem, w którym nic nie jest takie, jakie wydaje się być - jakaś nieustanna gra pozorów. Blokowisko na Bieżanowie oraz stara Nowa Huta są lepszymi miejscami do oddychania niż duża część Ruczaju (nas ratuje zespół łąk tyniecko-pychowickich oraz dolina Wisły, ale jak długo?). Rzekomo "wypasione" apartamentowce są małymi więzieniami dla miłośników masochistycznych, perwersyjnych przyjemności (jak najnowszy koszmar, który firma Univers właśnie skończyła w bólach przy Bobrzyńskiego - budynek otaczają wyłącznie wybetonowane podajzdy, parkingi i poręcze). A jednak nawet tutaj kryją się niespodzianki. Tęskniąc za chłodniejszym powiewem na balkonie, usłyszałam kilka dni temu sowę. A raczej cae stadko sów nawołujących się po nocy. Nie przejmują się ani ruchliwą Bunscha ( z wariatami na motocyklach), ani zabetonowaną (i pustą) "Lizboną", ani nami. Żyją tam, gdzie żyły (przypuszczalnie w starym drzewostanie otaczającym cmentarz przy drugiej części Czewronych Maków). Być może nawet uważają wykończoną, ale niezupełnie sprzedaną Lizbonę za piękny prezent dla sów. "Mili ci ludzie, takie ładne, duże budki dla sów zbudowali" - tak chyba jakoś brzmą te wysokie sowie kwilenia około północy.
A między podróżami gruntowanie zapoznaję się z korporacyjną polityką Nikona. D80 już niedostępne w sprzedaży, są D90 - oczywiście znacznie droższe, bo z nową matrycą. Nie ma tego modelu nigdzie - od Londynu po Kraków. W niektórych sklepach nie można zaś kupić D90 z obiektywem innym, niż ten proponowany w zestawie przez sklep. Zdarza się też, że nie ma samego body D90 "na sklepie". Kiedy będzie? Za tydzień. I tak wygląda prawda o galopującym konsumeryzmie - w tym kraju nawet wydanie dużych pieniędzy nie jest łatwe (nie jest też przyjemne). Albo też wszyscy w dobie kryzysu rzucili się na aparaty fotograficzne z wyższej półki. Gra pozorów.

czwartek, 2 lipca 2009

wakacje?

I to mają być wakacje? 3 dni w pozbawionych klimatyzacji salach konferencyjnych University of Amsterdam? Najwyraźniej tak, bo wróciłam jakoś wypoczęta - zupełnie niespodziewanie dla mnie samej zresztą. Prosto w lipiec. Nie wiem, czy to dobra chwila na pisanie bloga. Jutro muszę wstać o 4.50 i wyjechać w sprawach, wrócić prawie prosto na zajęcia o 18.20) Po podróży pociągiem z Amsterdamu (EC "Jan Kiepura" bardzo wygodny, choć oczywiscie potwornie drogi) przez Warszawę do Krakowa - IC "Norwid" z pastuchem od kóz przebranym za kierownika pociągu, przepraszam pastuchów, pardon, nie, to była po prostu słoma, którą się wkłada do butów albo onuce Armii Czerwonej w czystej postaci, albo może koleś po prostu był z Włoszczowej: NIGDY tak się jeszcze na nikogo nie wydarłam. Po kolei (nomen omen) jednak. Otóż pociąg z Amsterdamu spóźnił się jakieś 90 minut i uciekł mi IC, na który miałam miejscówkę (mój bilet bowiem składał się z dwoch części: biletu na "Jan Kiepura" Amsterdam - Warszawa oraz miejscówki na Warszawa - Kraków, na której kasa sprzedająca bilet napisała "ważne z biletem relacji Amsterdam - Warszawa Centralna" i potwierdziła to pieczątką). Kiedy więc uciekło mi połączenie, w naiwności swojej pomyślałam, że skoro a) cała wyprawa kosztowała nieco ponad 300 EUR, b) w Centrum Obsługi Klienta nie zdążyłam załatwić nowej miejscówki c) Intercity zapewnia nas na okrągło o swojej dbałości o podróżnych, to mogę po prostu wsiąść do następnego pociągu do ukochanego grodu ze smokiem wawelskim pod spodem i wytłumaczyć całą sprawę (zwłaszcza, że przytomnie zadbałam o potwierdzenie opóźnienia w pociągu z Amsterdamu, wraz ze stosowną pieczątką kierownika tegoż pojazdu). Rozbestwiona jednak Amsterdamem (i w ogóle zgniłą kulturą Zachodu, w której Ci Straszni Hipokryci Uśmiechają Się Do Człowieka i Są Mili) nie wzięłam pod uwagę miejscowego czynnika ludzkiego w postaci wspomnianych onuc vel słomy. I się zaczęło. Kiedy po 3 nieudanych próbach wyjaśnienia sytuacji Panu Kierownikowi Pociągu (bo nie rozumiał i za każdym razem musiałam zaczynać od nowa), ten w końcu zaczął sugerować, że podrobiłam pieczątkę agencji, w której kupowałam bilet oraz że "musi sporządzić protokół i dostanę wezwanie, jeśli nie zapłacę za bilet do Krakowa" wstąpił we mnie, nie da się ukryć, diabeł (bez wątpienia takowy byt zatem istnieje, co niniejszym poswiadczam i ja, i zapewne Pan Kierownik Pociągu, bo sądzę, że na długo tę falę dźwięku zapamięta). Poczułam tyko czysty przepływ energii w postaci uchodzących ze mnie dźwięków w formie słów niemiłych i ulgę (nawet na scenie nie operuję takimi natężeniami, a wiadomo, że w kwestii "volume" daję radę). Kolejarze zostali z rozdziawionymi paszczami i kiedy później sprawdzali bilety, nawet słówkiem nie pisnęli o żadnych protokołach, a nawet posunęli się do quasi przeprosin w formie "bo kierownik nie wiedział, ale już to sprawdza". Ufff, miałam szczytny cel nie latania samolotami, jeśli nie jest to konieczne (dalej mam taki plan), ale zanim podejmę ryzyko dekompresji via PKP Intercity, to mocno się zastanowię.
I taki był powrót po 3 dniach, i zawsze mnie spotyka to samo, i już nad tym lamentowałam, i znowu łzy mi się cisnęły do oczu (z wściekłości!), że jeszcze tu mieszkam. I dlaczego ja tutaj mieszkam? Nie wiem, będę to powoli zmieniać.
Amsterdamu jednak nie lubię aż TAK. Wszechobecne coffee shopy z zamuloną blantami publiką oraz smart shopy ze stuffem adresowanym do japiszonów jakoś mnie nie kręcą, to wszystko oparte na jakiejś cynicznej kalkulacji, a dzieciaki faktycznie dość zniszczone (podobnie jak niedobitki hippisów dożywające późnej starości na sprzedaży tandety z Azji na Watersplein). Albo może było za gorąco.