poniedziałek, 6 lipca 2009

blokowiska, korporacyjne polityki, dzikie życie w mieście

Po Amsterdamie natychmiast nastąpiły dwie podróże w znacznie bliższe rejony: jedna do Nowej Huty (a właściwie do Mogiły), a druga do Jastrzębia Zdroju (nie licząc godzinnego pobytu w Nowym Sączu w piątek rano). Co natchnęło mnie dość przewrotną wizją: blokowiska z lat 70-tych są przyjemniejszym środowiskiem życia niż nowe osiedla z pierwsych lat nowego tysiąclecia. Zarówno przejeżdżając przez Bieżanów do Mogiły (egzotyczny wariant ominięcia centrum miasta oraz Nowohuckiej), jak i spacerując po Jastrzębiu Zdroju, nie mogłam się oprzeć smutnej konstatacji, że zasadzone te blisko 30 lat temu drzewka, krzewy i trawniki zdążyły urosnąć, że ktoś w ogóle zostawił dla nich przestrzeń, że odległość między budynkami planowano dość hojnie (nawet, jeśli wielka pyta nie zachwyca) i że da się tam oddychać. Najnowsze osiedla w większości składają się z parkingów, budynki ścieśnione są maksymalnie (a jak oglądałam kilka mieszkań przed dwoma laty, to zastanawiałam się, kto kupuje 60-cio metrowe "trzypokojowe" z pokojem wielkości niespełna 10 m2), każdą woną przestrzeń wypełniają samochody, a zieleń zostala zredukowana do rachitycznych pniaczków ozdobionych pędzelkami "ozdobnych" liści (cala energia idzie za to na staranne przycinanie trawników, które nigdy nie mają czasu odrosnąć). Polska jest krajem, w którym nic nie jest takie, jakie wydaje się być - jakaś nieustanna gra pozorów. Blokowisko na Bieżanowie oraz stara Nowa Huta są lepszymi miejscami do oddychania niż duża część Ruczaju (nas ratuje zespół łąk tyniecko-pychowickich oraz dolina Wisły, ale jak długo?). Rzekomo "wypasione" apartamentowce są małymi więzieniami dla miłośników masochistycznych, perwersyjnych przyjemności (jak najnowszy koszmar, który firma Univers właśnie skończyła w bólach przy Bobrzyńskiego - budynek otaczają wyłącznie wybetonowane podajzdy, parkingi i poręcze). A jednak nawet tutaj kryją się niespodzianki. Tęskniąc za chłodniejszym powiewem na balkonie, usłyszałam kilka dni temu sowę. A raczej cae stadko sów nawołujących się po nocy. Nie przejmują się ani ruchliwą Bunscha ( z wariatami na motocyklach), ani zabetonowaną (i pustą) "Lizboną", ani nami. Żyją tam, gdzie żyły (przypuszczalnie w starym drzewostanie otaczającym cmentarz przy drugiej części Czewronych Maków). Być może nawet uważają wykończoną, ale niezupełnie sprzedaną Lizbonę za piękny prezent dla sów. "Mili ci ludzie, takie ładne, duże budki dla sów zbudowali" - tak chyba jakoś brzmą te wysokie sowie kwilenia około północy.
A między podróżami gruntowanie zapoznaję się z korporacyjną polityką Nikona. D80 już niedostępne w sprzedaży, są D90 - oczywiście znacznie droższe, bo z nową matrycą. Nie ma tego modelu nigdzie - od Londynu po Kraków. W niektórych sklepach nie można zaś kupić D90 z obiektywem innym, niż ten proponowany w zestawie przez sklep. Zdarza się też, że nie ma samego body D90 "na sklepie". Kiedy będzie? Za tydzień. I tak wygląda prawda o galopującym konsumeryzmie - w tym kraju nawet wydanie dużych pieniędzy nie jest łatwe (nie jest też przyjemne). Albo też wszyscy w dobie kryzysu rzucili się na aparaty fotograficzne z wyższej półki. Gra pozorów.

2 komentarze:

  1. hej:)
    Trafilam tutaj przez przypadek . W akcie rozpaczy wystukalam w Google" dlaczego nigdzie nie ma Nicona D80" i wyskoczyl mi Twoj blog.....

    Milego blogowania , ja lece dalej szukac...
    :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję, ja szukałam D80 dosć wytrwale i mogę powiedzieć, że jedyne dostępne modele to używane aparaty na allegro. W sklepach D80 nie ma i już nie będzie, bo Nikon już ten model wycofał...

    OdpowiedzUsuń