niedziela, 2 sierpnia 2009

dziennik podróży, cz. III

Alesjaure - Tjäktjä, 18/7
POczątek dnia wyglądał nie najlepiej - padało. Długo więc drzemaliśmy, w nadziei, że w końcu zrobi się sucho i nasz namiot wyschnie odrobinę. Tak też się stało, zwijaliśmy namiot, który wcale nie był mokry. Pijąc naszą rytualną poranną kawę (Nescafe 3 w 1 rulez) Marek zauważył stado reniferów schodzące do wodopoju, ale były zbyt daleko, żeby je fotografować. Nie wiedzieliśmy wtedy, że dzień upłynie pod znakiem reniferów. Kiedy - już na szlaku - obróciliśmy głowy do tyłu, za nami schodziło całe stado. Porzuciliśmy więc plecaki i pobiegliśmy fotografować te najśmieszniejsze zwierzęta świata. Jest w nich jednak coś niezwykłego, zważywszy na nieodgadnioną więź, jaką czuję z reniferami. Być może jest to kwestia dziecięcej wiary w św. Mikołaja. Dziwna jest historia związków z ludźmi na tym terenie: wygląda na to, że ludzie przystosowali się do reniferowych zwyczajów (czyli wędrówek sezonowych między Zatoką Botnicką a Morzem Norweskim), a nie odwrotnie. Do dzisiaj hodowla reniferów (choć współcześnie z wykorzystaniem helikopterów, skuterów śnieżnych i telefonów staelitarnych) oznacza sezonowy połowiczny nomadyzm. Później zobaczyliśmy jeszcze 3 reny (w tym samca z olbrzymim porożem - samice reniferów też są nim obdarzone, tylko jest mniejsze). Było jednak wściekle zimno, popadywał deszcz i nie wyglądało na to, żeby coś miało się zmienić w najbliższej przyszłości. A jednak coś było w tej aurze - w chmurach wlewających się w doliny, oświetleniu, chłodzie, falach mżawki / obietnicy śniegu; coś, co przypomniało mi wszelkie fascynacje dzieciństwa (i pierwsze złamane narty w wieku lat chyba 10-ciu oraz samotnicze wyprawy w śnieżycy po książki do biblioteki). To było spełnienie marzenia o przestrzeni, zdałam sobie sprawę, że wszystkie miejsca, które mnie w życiu zachwycały, zawierają się w tym, co mnie otacza. Nawet amerykański Southwest (w końcu półpustynia!), nawet (a może tym bardziej) zamglone Tatry w listopadzie, nie mówiąc już o Himalajach (dokładnie tak samo przelewały się chmury nad masywem Annapurny pewnego grudniowego popołudnia w Jomsom). Nagle olśnienie z widokiem na ośnieżone wzgórza.
Do Tjäktjä trzeba było jednak dość mocno podejść, to najwyżej położone schronisko na tej trasie, tuz pod najwyższym punktem Kungsleden, Tjäktjäpass (nie robi jednak nas wrażenia wysokość ok. tysiąca m npm.). Nie są to jakieś zawrotne wysokości, ale w tych warunkach klimatycznych stanowią wyzwanie. Droga znowu zajęła nam 7 godzin. W niewielkim schronisku powitała nas stugvard (czyli "inkaso man" jak objaśnił termin gospodarz schroniska Singi dalej na szlaku, w tym przypadku "inkaso woman"). Sęk w tym, że Maria to ktoś znacznie więcej - prawdziwa gospodyni. Osobiście wita każdego przybywającego nieboraka promiennym uśmiechem i pytaniem "Are you coming to Ciakcia?" (tak mniej więcej się to wymawia po szwedzku, co zbiło nas z tropu na tyle, że Maria na widok naszych kompletnie zbaraniałych min powtórzyła ze trzy razy i uznała, że ma do czynienia najwyraźniej z głębszym upośledzeniem, ale w końcu pojęłam i wykrzyknęłam gorliwie "yes!"). To piękny kraj - nikogo nie dziwi, że chcesz rozbić namiot nawet, jeśli jest wściekle zimno i prognozy śniegu. Zresztą obok nas szybko pojawiy się inne namioty amatorów snu (prawie) na świeżym powietrzu, Szwedzi są zresztą znakomici w obozowaniu, wielokrotnie widziałam mamy z dzieciakami w wieku 5-7 lat, które brawurowo rozbijały namiot w najbardziej niesprzyjającej aurze (katary dzieciaków wręcz modelowe, ale ostatecznie chyba wychodzi im to na zdrowie). Tjäktjästugan (stugan oznacza raczej coś w stylu schronu) jest malutkie (nie ma sklepiku i składa się tylko z jednego budynku), ale ma miłą kuchnię i torkrum, czyli oprócz sauny drugi mój obiekt kultowy - suszarnię, gdzie można dosuszyć namiot albo wyprane (lub po prostu zmoknięte) ubrania. Zważywszy na to, że zabrałam zupełnie minimalistyczna wersję szafy, bardzo jest mi to na rękę. Jest też pomieszczenie dla wędrujących z psami - później widzialam je na trasie także w innych schroniskach, oznacza jako "dogs OK". To była najzimniejsza noc, około 4 nad ranem powiał lodowaty podmuch (jedyna noc, kiedy spałam we wszystkim, co zabrałam w podróż, czyli w dwóch parach spodni, polarze, softshellu i kurtce z goretexu z windstopperem - ale to może datego, że w ramach ekonomizacji ekwipunku od lat zabieramy jeden śpiwór). O 7 rano na termometrze były 3 stopnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz