poniedziałek, 3 sierpnia 2009

dziennik podróży, cz. VII

Kebnekaise Sydtoppen, 22/7
Zastanawialiśmy się, dlaczego wyprawa na szczyt Kebnekaie trwa 10-12 godzin i dowiedzieliśmy się: składa się z dwóch gigantycznych podejść i jednego gigantycznego zejścia (a z powrotem odwrotnie). Nic dziwnego, wychodzi się z 675 m npm (na takiej wysokości leży stacja) na 2107 (lub 2104 labo 2111 - dane różnią się, bo wierzchłek pokryty jest lodowcem, który się topi w dobie zmian klimatycznych). Wejście nie jest szczególnie trudne (trasą zachodnią, czyli Vestra Leden, bo szlak wschodni, Ōstra Leden, wiedzie przez lodowiec i wymaga sprzętu wspinaczkowego oraz przewodnika - można jednak wykupić w stacji wycieczkę za 740 SEK i cały sprzęt się dostaje). Kondycyjnie jest jednak bardzo wymagająca - zrobiliśmy tę trasę w jakieś 9 godzin (zdążyłam jeszcze na 15 minut sauny!) z jednym ok. 40minutowym odpoczynkiem, ale gdyby nie doświadczenie i wprawa w szybkim schodzeniu (nie mogę schodzić wolno ze względu na niemal nieistniejący, zdaje się, staw kolanowy, taki paradoks - przy wolnym schodzeniu cały ciężar ciała "zawieszony" jest na kolanach), byłoby znacznie gorzej. Pod szczytem mieliśmy oboje naprawdę dosyć. Wychodzi się najpierw ze stacji do kotła lodowcowego, później dość stromym skalistym odcinkiem na przełęcz (niektórzy wybierali wyjście i zejście po dużym płacie śniegu, ale nie grzeszyli rozsądkiem), z której wędruje się na szczyt Verravarri (ok. 1800 m) po to tylko, żeby zejść na kolejne siodło jakieś 400 m niżej i stamtąd dźwigać się na Kebnekaise (2107 m) po stromym, ruchomym w dolnej części piarżysku. Tuż przed ostatnim łagodniejszym odcinkiem już po lodowcu są dwa schrony. Sam szczyt (południowy wierzchołek, bo Kebnekaise to właściwie ostra jak żyletka dosyć długa grań), Sydtoppen, jest arcyzabawny: zupełnie trójkątny, szpiczasty kapelusik, z którego miłośnicy brawury zjeżdżali na butach (hmm, bardziej jednak na spodniach). Droga powrotne była trochę lżejsza, może dlatego, że znaliśmy trasę, a może dlatego, że odsłoniły się niesamowite widoki - całe Góry Skandynawskie (a być może fjordy w okolicach Narviku!) pod niebem, które zdawało się wisieć tuż nad głową. Później w Sztokholmie, dowiem się od Matsa, że był na szczycie cztery razy i za każdym razem widział tylko mgłę, zostaliśmy więc chyba przez Góry potraktowani bardzo łaskawie. Po szybkim posiłku na pierwszej po zejściu przełęczy ruszyliśmy dalej i znowu metoda szybkiego schodzenia opracowana i doskonalona latami w KArpatach, na Bałkanach i w Alpach sprawdziła się i tutaj, co znacznie przyspieszyło naszą drogę. Zmieniły się w międzyczasie warunki: topniejący w ciągu słonecznego dnia lodowiec posłał w dół dziesiątki małych strumyków, a to, co rano było małym strumykiem, po południu okazało się pokaźnym, rwącym potokiem. Woda z lodowca smakuje niesłychanie, jest wręcz żywa, ma smak i zapach, jest kwintesencją swieżości i jakimś eliksirem życia. Wieczorem zachmurzyło się i przeleciał typowy dla tych stron deszczyk, ale nie wiedzieliśmy, że to uwertura do długiej nocnej ulewy, która nasilała się co najmniej 5-6 razyw ciągu nocy. Na szczęście nasz namiot jest absolutnie na to odporny, a ulewa byla naprawdę solidna (o czym świadczyły liczne tropiki i śpiwory suszące się rano w torkrumie).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz