wtorek, 4 sierpnia 2009

dziennik podróży, cz. IX

Kebnekaise Fjälstation - Láddjujávri, 24/7
Planowaliśmy zejść od razu do Nikkaluokta, ale jakoś trudno było opuśić tundrę i zrobić pełne wynurzenie ku cywilizacji mechanicznej (do Nikkaluokta dociera szosa i jeżdżą stamtąd autobusy do Kiruny). Kiedy więc zobaczyłam jezioro Ládjujávri z przystani obsługującej ruch łodzi (aż do punktu odległego o 6 km od stacji gorskiej), stwierdziłam: zostajemy. Tym bardziej, że okazało się to być miejsce prowadzone przez saamską rodzinę Sarri. Kaffekatan miał więc saamską flagę nad wejściem, a obok widniało stanowisko Lap Dånalds czyli hamburgery z renifera. Rozbicie namiotu w tym rajskim zakątku - 80 SEK za cały namiot (nie liczą osób, ale też i prócz schronu przeciwiatrowego nie ma żadnego service huset). Zasiedliśmy więc czym prędzej do kawy i ciastek orzechowych (mmm....), co zajęło nam jakieś półtorej godziny, później ruszyliśmy przed siebie na viddę (odkryliśmy szlak reniferowy i miejsce znakowania lub uboju), a kiedy wróciliśmy do kaffekatan, rozpadał się deszcz. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że będzie padać bez przewy ponad 16 godzin. Póki co, zajęliśmy więc schron w kształcie lavvo i wzięliśmy się do gotowania. Koncepcja chińskiego makaronu z fasolką w sosie pomidorowym (jeyna wegetariańska rzecz w sklepiku w Kebnekaise, nie licząc trekking food, którego trochę jednak mieliśmy już dosyć) okazała się fatalna (dużo za mało fasolki w stosunku do makaronu), ale w tym deszczu nawet to smakowało niebiańsko, bo było gorące. Z ciepłem w żołądku łatwiej było rozbijać namiot w deszczu. Wczołgaliśmy się do namiotu o 20.00 i zaczęło się - przewracałam się z boku na bok do ok. 3.00 w nocy. Znam wszystkie warianty, natężenia, melodie i rytmy kropli deszczu. Plus donośny głos jakegoś Wikinga, który opowiadał kumplom w namiocie obok niesłychanie zabawne historie, sądząc po wybuchającym raz po raz tubalnym rechocie. Tego do tej pory na szlaku nie było - ale trasa pod Kebnekaise jest najwyraźniej mocno uczęszczana, coś w rodzaju Tatr w średnim sezonie. W końcu uciszyła ich dziewczyna z innego sąsiedniego namiotu. Wreszcie ok. 4.00 udało mi się wreszcie zasnąć. O 7.00, kiedy tylko nastała błoga cisza (żadnych kropli) szybko wstaliśmy i zwinęliśmy namiot.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz