niedziela, 11 stycznia 2009

rekonwalescencja



I jak było do przewidzenia, zamiast pojechać na narty, piątek i sobotę spędziłam w łóżku lecząc szkody odniesione w trakcie podróży na niegościnne równiny środkowej Polski. Był to oczywiście dość miły czas, głównie wypełniony lekturą (choć piątkowe przedpołudnie upłynęło mi pod znakiem bolesnego podejmowania decyzji w obliczu piętrzącego się na poręczy sofy stosu książek odłożonych na "wolny czas": co czytać?). Kiedy jednak dzisiaj wreszcie zza mgieł wyjrzało słońce, nie mogłam już nie zauważać, że marnuję tak piękną zimę pod kocem. Wybraliśmy się więc na spacer w nasze ulubione przydomowe ostępy, czyli łąkami i bezdrożami w kierunku Pychowic oraz ul. Tynieckiej. Tym razem egoistycznie zagarnęłam aparat fotograficzny i udało mi się "złapać" ulubioną pustułkę (choć są opinie, że może to też być...drzemlik, który w Polsce wprawdzie nie zimuje, ale zagląda na przelotach - to możliwe, bo spotkaliśmy prócz nas wielu ornitologów z lornetkami). W każdym razie dryf starorzeczem Wisły po raz kolejny okazuje się być wcale nie mniejszą przyjemnością niż, powiedzmy, Małe Pieniny. Może to chodzi o ten rodzaj przewietrzenia głowy, ktory jest wynikiem zanurzenia się w innym świecie, gdzie ludzka obecność - choć się pojawia - nie sanowi reguły. Dla mnie oznacza to pustkę, konieczny - od czasu do czasu - tryb mojej egzystencji. I jest jeszcze coś niezwykłego, jakieś zupełnie ekscytujące odczuwanie przestrzeni/ciala, które pojawia się tylko podczas ruchu w miejscu, gdzie jest dużo przestzreni niezabudowanej i nieograniczonej geometrycznymi płaszczyznami, liniami i kątami; gdzie jest dużo powietrza. Fotografia bardzo pomaga w takim przewietrzeniu umysłu, a raczej jej pewna forma, nie chodzi o "zatrzymanie" widoków, sytuacji, obiektów, a raczej o kontemplację szczegółu, o nawiązanie relacji z otoczeniem, bo przecież tym właśnie jest drobiazgowa analiza światła, kątów, punktów spojrzenia.



To jedna z takich właśnie chwil. Tym bardziej jest to inspirujący proces, że mały ekranik lustrzanki nie pozwala stwierdzić, co z tego zdjęcia będzie. Ponawia się więc kilka ujęć w rożnym położeniu, zmieniając odrobinę własną pozycję, rozglądając się za słońcem i cieniem, ale ostateczny efekt widzę dopiero na ekranie komputera. To oczywiście dotyczy fotografii w jej wydaniu cyfrowym, które jest jednak czymś innym niż klasyczna fotografia analogowa; proces fizykalno-chemiczny (też zresztą fascynujący) To jednak miało być zdjęcie tylko dla mnie (no, prawie) i tak jest, już chciałam napisać "pamiątka", "znak", "świadectwo" i to byłoby znowu uwikłane w całą rozmowę o zatrzymywaniu, pochwyceniu, przechowaniu. A przecież był to doksonały moment sam w sobie, odrkycie, że chwila koniecznej do życia pustki pojawiła się sama z siebie, jak oddech.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz