sobota, 24 stycznia 2009

nie Kubinska Hola

...bo autokar przestraszył się, że nie będzie gdzie jeździć. Na stronach wprawdzie jest informacja jak wół, że dolne wyciągi nie jeżdżą i że nie ma warunków na narty (5 cm śniegu) a jeździć można na górze, ale pan pilot (to taka odmiana "ja wiem wszystko") upierał się, że przez telefon powiedziano mu, że stacja jest czynna. No bo jest czynna; tyle tylko, że u góry, gdzie zresztą chyba jest gdzie jeździć. No ale publika w autokarze wybrała Rohacze-Spaleną (w sumie fajnie, bo świetnie się tam jeździ i to moje ukochane Tatry). I tak po dodatkowej godzince wreszcie znaleźliśmy się na stoku, z resztką śniegu (ledwo, ledwo). Początkowo nie było zachęcająco: mgła i totalnie oblodzone trasy, ale po pierwsze: uwielbiam jeździć na nartach we mgle (to trochę jakby się szybowało w powietrzu), po drugie: lubię fajnie oblodzony stok (lepszy w każdym razie od topiącego się śniegu zgarnianego na kupy i ubijanego przez klęczących dykciarzy (o, pardon, snowboardowców). Można więc było nieźle poszaleć, o czyniliśmy prawie do upadłego, czyli przez jakieś 5 i pół godziny (zwłaszcza, że znowu można było jeździć na okrągło, zero kolejek do krzesełek). Tylko zimy nie widać na horyzoncie, niestety.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz