środa, 9 sierpnia 2006

mikrokosmosy


Ester z Tolmina przysłała dzisiaj fotkę znad Socy. To przynosi ulgę - wiedzieć, że to miejsce istnieje za naszymi plecami...
Po powrocie z Tolmina sięgnęłam po Mikrokosmosy Magrisa. Inaczej się czyta tę natchnioną opowieść o Mitteleuropie, kiedy dopiero co było się w niej zanurzonym po czubek głowy. Czy może być bardziej metaforyczna trasa, niż z Krakowa przez Budapeszt do Ljubljany? (Owszem, z Krakowa przez Wiedeń do Ljubljany:-) Magris przynosi też, jak zwykle, kilka odpowiedzi, które są pomocne w wyartykułowaniu właściwych pytań. Kilka brzmień staje się w każdym razie zrozumiałych, kiedy czyta się o przejściu do sproblematyzowanej Mitteleuropy, wielkiego i melancholijnego laboratorium kultury jako źródła cierpień, które dobrze wie, co to pustka i śmierć. (s.67) Lepiej rozumiem też, skąd ten ból głowy po powrocie i uczucie klaustrofobii po lekturze tutejszej prasy i spacerze ulicami. To dlatego, że wszelka endogamia jest toksyczna; także college, uniwersyteckie kampusy, ekskluzywne kluby, klasy pilotażowe, zebrania polityków i sympozja poświęcone kulturze stanowią negację życia, które przypomina raczej port morski. (s.12) Polska jest taką Magrisowską pseudokawiarnią (to taka, w której koczuje jedno plemię); tutaj istnieje przymus należenia do ściśle określonych obozów, wrogich wobec innych - równie dogmatycznych. Dlatego coraz większym zniechęceniem napawa mnie tutejszy anty(i alter-) globalizm, ruch ekologiczny, feministyczny i każdy inny. Brak powietrza. Istnieje tylko dialektyka i u-ja-rzmienie. Duchota restrykcyjnych polityk tożsamości, ślepcyh na własne uzurpacje. Marzy mi się ucieczka od tożsamości, bo wszelka tożsamość jest także nieznośna, ponieważ, aby istnieć, musi nakreślić linię podziału i odepchnąć tego, kto znalazł się po drugiej stronie. (s. 38) To dlatego tak przyjemnie jest się roztopić w środowisku ljublańskiego hostelu, budapeszteńskiej ulicy albo pociągu do Jesenic, gdzie przeplatają się brzmienia słoweńskie, włoskie, niemieckie, angielskie, francuskie, węgierskie, czeskie i słowackie. Wbrew poglądowi, który funduje tutejszy dyskurs o "tożsamości narodowej" (tfu, tfu, zgiń, przepadnij maro piekielna!), nie oznacza to ani bezkształtnej, niesprecyzowanej kosmopolitycznej przeżutej papki, ani też nie jest opartą na etnocentrycznym i w gruncie rzeczy rasistowskim koncepcie (ulubionym przez berlińskich lewicowców z tamtejszych pseudokawiarni) multi-kulti. Niektórzy potrafią zachować wrażliwość na miejscowe wartości, a jednocześnie nie żywić owego fizycznego poczucia przynależności do wspólnoty, które tak często czyni bezmyślnym i regresywnym odkrywanie na nowo tożsamości i etnicznych korzeni (...). (s.39) Niektórzy tak. Tutaj prawie się to nie zdarza, zazwyczaj chodzi jednak o to, żeby przyłączyć się do plechy, takiej czy innej. I jeśli być może jedynym sposobem na to, aby zneutralizować śmiercionośną moc granic, jest opowiadać się zawsze po drugiej stronie (s.68) to trzeba nauczyć się żyć z tym niewygodnym a czasem bolesnym poczuciem, że zawsze i nieodwołalnie przynależy się do niemile widzianej mniejszości, a raczej całej ich gamy. Bardziej od tych z "innego obozu" nienawidzi się tutaj tych, którzy nie należą do żadnego.
Na marginesie: to żałosne, że batalia o Rospudę przypomina wszystkie poprzednie - Czorsztyn, górę św. Anny, Tatry... Powtarza się ten sam wariant: gazeta rozgrywa swoje batalie posługując się ekologami, ci cieszą się jak dzieci z kilku słów rzuconych na wiatr przez prezydneta oraz z Poparcia Bardzo Szanownych Osób Różnej Maści (jeden z guru ekologicznych niegdysiejszej epoki mawiał przy takich okazjach o "poparciu tuzów życia społeczno-kulturalnego") a także rozgłaszają, że przykują się do drzew. Geeez, nic nowego od 1987 roku? Czy zawsze chodzi tylko o to, żeby dzieciaki (w różnym wieku) mogły się przechadzać w nimbie męczenników? Czasem przeklinam swoją pamięć (a także niewygodną wiedzę o dalszym ciągu losów niektórych z niegdysiejszych wojowników)... Gdyby ekolodzy wyszli kiedyś ze swojej pseudokawiarni...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz