czwartek, 4 maja 2006

polnoc, polnocny zachod


(fot. - Anna Nacher)

od ostaniego wpisu minelo zaledwie kilka dni (raptem cztery), a oznaczaja dla mnie cala epoke. od Davis w Kalifornii, ktore jest wlasciwie duzym kampusem, po Seattle w stanie Waszyngotn (a po drodze bardzo mily przystanek u dziewczyn z kapeli punkowej w POrtland). Udalo nam sie w koncu pojechac do Seattle samochodem, z Larrym (DJ, pol krwi Indianin z poludniowej Kalifornii, ktorego mieszkanie w SAcramento przypomina duza kaplice wyznawcy Santerii, czlowiek nadzwyczaj serdeczny i obdarzony sklonnoscia do tubalnego smiechu) oraz Andym (dzwiekowcem z rozglosni KDVS w Davis) - rozwazalismy opcje: Greyhound, kiedy okazalo sie, ze Andy dysponuje samochodem i chce pojechac z nami do Seattle (16 godzin jazdy). Wczesniej zagralismy w Davis 3 koncerty - w schronie przeciwatomowym (bardzo dziwne miejsce), w Delta of Venus oraz w 97 minut zupelnie improwizowanej sesji w bardzo ciekawym akustycznie holu rozglosni (z Amy z Living Breathing MUsic). Po drodze zajechalismy do niezwyklej galerii Richarda TRacy w Centralii miedzy Portland a Seattle - niesmaowite rzezby i instalacje z odpadkow, przypominajace troche rzezby Hasiora. Prace Richarda mozna zobaczyc w w albumie Icons wydanym przez Taschen. Kilka rzeczy, ktore powiedzial nam Richard w swoim monologu, zabrzmialo przedziwnie: na przyklad, kiedy z uporem prowadzil nas w kierunku samochodu z przyciemnionymi szybami, zeby pokazac, ze rzezby nabieraja dopiero wlasciwego wyrazu, kiedy sa odbite w szybie. "Everything is in mirror, mirrors are everywhere" I tylko czesciowo mozna to uznac za przejaw nieco schizofrenicznej wrazliwosci Richarda.
Krazylismy dzisiaj caly dzien po Seattle, a na zakonczenie udalismy sie na plaze. Tutaj, na skrawku asfaltu, poznalismy dwojke muzykow, ktorzy grali gesty, mocno improwizowany set. Po chwili rozmowy dalam sie wciagnac we wspolne muzykowanie i dalo nam to prawdziwa przyjemnosc. To piekny swiat, kiedy ludzie po prostu rozkladaja sprzet i muzykuja dla samej przyjemnosci i nie sa to rzewne ballady Led Zeppelin.
Ledwo starcza mi czasu, zeby to wszystko przyswoic. CZuje sie pusta, calkowicie wyczerpana i marze o kilku tygodniach, zeby to sobie jakos poukladac. Ale pozniej bedzie jeszcze trudniej, bez tego entuzjazmu, ktory tutaj przepaja wszystko.
Wlacznie z niezwyklym miejscem, w ktorym stacjonujemy. Gdyby ktos powiedzial mi 3 lata temu, ze bedziemy pic poranna kawe w duzym lofcie (na parterze) Sun City Girls i toczyc fascynujace rozmowy z Allene Bishopem do 3 rano... to temat na osobna narracje i nie wiem, jak znalezc na to kawalek wolnej przestrzeni w moim nadzwyczaj przepelnionym i lekko afukncjonalnym umysle.

2 komentarze:

  1. Hej, cieszę się, że szczęśliwie dojechaliście do Seattle. Dzięki za świetne koncerty, zwłaszcza te w Davis, na które musiałem kawałek dojechać, ale warto było. Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszej części podróży :)
    Radek z San Francisco

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, cieszę się, że szczęśliwie dojechaliście do Seattle. Dzięki za świetne koncerty, zwłaszcza te w Davis, na które musiałem kawałek dojechać, ale warto było. Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszej części podróży :)
    Radek z San Francisco

    OdpowiedzUsuń