czwartek, 11 maja 2006

brooklyn blue...


na wylocie. staram sie o tym nie myslec. odsuwam od siebie depresje, ktora bedzie nieunikniona. dekompresja zawsze jest bolesna. to, o czym myslec tutaj - ze jest mozliwe, ze przeciez wystarczy tylko wziac sie do roboty - juz pojutrze zostanie pochloniete przez te smole, ktora szczeelnie wypelnia kraj nad wisla do wysokosci oddechu. rozmawialismy o tym wczoraj przy kolacji, z Tomkiem i Asia, na ten sam temat byl mail od Rafala z Hati. jedyna strategia przetrwania jest nieustajaca aktywnosc, ale to taka, ktora nie pozwala za bardzo rozgladac sie na boki. moze dlatego zawsze biore na siebie zbyt duzo obowiazkow, to szalenstwo jest pewna forma ucieczki i zawsze odbywa sie troche niepostrzezenie, jakbym wpisujac zadania do kalendarza byla zupelnie gdzie indziej.
poki co, wloczylismy sie dzisiaj po Manhattanie, w dol i w gore Broadwayem, rozkoszujac sie wydawaniem pieniedzy (i jednoczesnie bardzo sie meczac, Bauman ma racje, konsumpcja jest rowniez ciezka praca). nie byly to jakies wielkie pieniadze, ale za to zarobione tutaj. satysfakcja podwojna lub nawet potrojna: w ksiegarni New York University przekonalam sie, ze kupowanie w Strandzie bylo dobrym wyborem; ze kolekcja, ktora zgromadzilam na polkach w domu jest naprawde niezla nawet w tutejszych warunkach. upojona tym sukcesem zaupilam w Staples cardbox do porzadkowania fiszek w kolorze rozowym. inne zakupy obejmuja: torbe manhattan, o ktorej snilam po nocach od ostatniej wizyty, mokasyny o barwie lawendy i kolejna torbe z logo sklepu 'yellow rat bastard'. torby staly sie chyba moja zyciowa pasja, tylko w ostatnich trzech miesiacach kupilam cztery. w zyciu nomady to jednak podstawa. teraz zastanawiam sie, jak to wszystko upchac. (no, przydalaby sie jeszcze jedna torba:-)))))))) zaluje tylko t-shirta z logo linii subwaya, 20 dolcow to jednak za duzo, nawet jak na osobe totalnie w NY zakochana.
w kazdym razie siedzac w restauracji Datong na Broadwayu (oczywiscie rolki z awokado oraz rolki z lososiem i ogorkiem) zapisalam w notesie tylko tyle, ze jestem kompletnie pusta. wrazenia gdzies sie zapadaja. jesli jedna udaje mi sie przysiasc gdzies na dluzej niz 30 minut, to zaraz pojawia sie przekonanie, ze zycie jest piekne. nie tylko na Manhattanie.
i tak wole Brooklyn (z wyjatkiem greenpointu).
jutro moze byc ciezko.
tutaj jest 22.15, tam 4.15. pojutrze bedzie odwrotnie. nie wiem, gdzie napisac: u mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz