czwartek, 13 lipca 2006

bam, bam



jaki tytuł dać mam? (ale najpierw - zanim cokolwiek - ginko biloba czyli miłorząb japoński sprzed mojego okna, w naszym mini-miniogródku o wymiarach 3m x 2,5m). i jak przewidywałam, włosi zostali mistrzami świata. szkoda, że był to ich najsłabszy mecz. querowy framing mojej osobowści ze strony tubylczej kultury postępuje. oto, co proponował wczoraj - czerstwy, jak zwykle - onet. pl, w swoim dziale sportowym, w przegródce piłka nożna: konkurs na najładniejszą fankę. dzisiaj: dziewczyny i żony piłkarzy (sonda z głosowaniem, na najładniejszą). młodzieńczą fazę feminizmu mam już za sobą, ale onet jest po prostu głupi, nudny i żenujący. i czerstwy, jak kaczka, co ziemniakiem się stała. i stosują cenzurę, mój komantarz wcale się nie pojawił, a zaczęłam nowy wątek. mogę sobie popatrzeć na dziewczyny, fakt, są ładne. ale żeby choć raz konkurs na "ładnego fana", dla złamania rutyny. nie "przystojnego" a "ładnego" właśnie. cute - w tym sensie.

oprócz tego w zastraszającym tempie gromadzą mi się na półce książki do przeczytania. marzę, żeby znaleźć na to czas, a bardziej nawet niż czas, jakąś wolną przestrzeń w mojej głowie, nie zagraconą terminami i koniecznością zapamiętania. poczytać po prostu dla przyjemności obcowania z tekstem prowokującym do myślenia, ale nie w żadnym określonym kierunku. po prostu do myślenia. spełaniają tę role "pasaże" benjamina, przez które brnę sobie bez pośpiechu już drugi miesiąc, ale jak wozić ze sobą tysiąc stronicową książkę?!

A dzisiaj po południu będziemy już tutaj.

TRaktuję te 2 i pół dnia trochę jak odpoczynek, może zabiorę ze sobą książkę Peoggelera o drodze myślowej Heideggera, to w sam raz na ten rodzaj wypoczynku, o który mi chodzi. jest szansa, że może da się gdzieś (nawet w Gorlichach) upolować dobrą kawę - bez espresso nie ma dla mnie życia na ziemi. jest taka nadzieja, w zwiazku z tym, ze w pizzerii Soprano podają piwo bananowe (!), o którym nigdy nie słyszałam. nie, zeby zaraz je pić, co to, to nie. ale interesujące.

Największym jak dla mnie hitem dzisiejszego dnia jest nowa historia o powstaniu wszechświata (autorstwa, a jakżeby inaczej, Hawkinga i Hertoga). czytałam o tym akurat w SME, po słowacku. Wynika z niej, że jeśli przyjąć wnioski fizyki kwantowej - ni mniej ni więcej - nie było jednego początku!!! a wszechświat składa się z milionów potencjalnych i alternatywnych trybów egzystencji. i że początek przypominał projekcję milionów filmów przez siebie nawzajem (co za przestrzeń intertekstualności!!!). to przemawia do mojej wyobraźni dużo bardzij niż metafora o rajskim (jednym) początku. zawsze tak podejrzewałam. mało tego, gdyby zestawić Upaniszady z tymi nowymi wersjami, to okazałoby się, że nie ma między nimi wielkiej róznicy. to właśnie w klasycznej myśli Indii zawsze mówiono o tym, że materia jest rodzajem energii...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz