czwartek, 20 lipca 2006

już za 76 minut

wsiadamy do pociągu relacji Kraków - Budapeszt, ale wysiądziemy na uroczej stacji o nazwie Hidasnemeti, żeby dalej, na rowerach podążyć ku miasteczku Tokaj. U zbiegu Cisy i Bodrogu uptarujemy chwilowego raju, który znaleźć coraz trudniej. Hidasnemeti pamiętam z jakiegoś przebudzenia w środku nocy (a raczej tuż przed wschodem słońca), z niebem zaczerwienionym od mrozu i przestrzenią, za którą czaiła się puszta. To był chyba styczeń albo luty 1998 roku i jechaliśmy, żeby zagrać koncert na festiwalu w MU Szinhaz w Budapeszcie. Nocowaliśmy wtedy w ambasadzie polskiej na Wzgórzu Róż, ech, to były czasy...
może chociaż halaszle, może uda się zrozumieć choć dwa słowa po węgiersku, jednym z najbardziej abstrakcyjnych języków w naszych okolicach. i za to kocham Węgry, za odpoczynek od semiotyki...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz