poniedziałek, 17 lipca 2006

nie było soprano


bo jakoś nam tam specjalnie się nie podobało. tak naprawdę trudno było namierzyć w gorlicach coś zjadliwego (bo ile można zjeść ruskich!). to jakiś największy mit tubylczy: że polska żywność jest taka świetna. może tak, jak się nie widziało organic food co-op za wielką wodą ani nie wyjeżdżało na bałkany czy do italii. u nas generalnie - im dalej od dużego miasta, tym gorzej. zdrową żywność (tzn. taką, którą da się zjeść i po której nie boli żołądek) na wsiach i w małych miasteczkach znają tylko z opowieści. jakoś trudno mi się zachwycać kawą rozpuszczalną w jakimś "ogródku piwnym" w bieczu (bo na rynku ogródek zamknięty w piątek o godz. 17.00). zresztą na ścianie tegoż barku wisi plazma za jakieś, na oko, 6 tys. (a co najmniej 4) więc nie rozumiem, co zabrania tym ludziom kupić ekspres ciśnieniowy za 600 złociszy (chyba już mniej, może nawet i ja kiedyś nabędę). a tak pozostaje kawa, z którą nie można wygrać - jak się jej nie dosłodzi, to jest gorzka, a jak się uda dosłodzić, to jest kwaśna. inny wariant nie istnieje. tak smakują małe miasteczka, niestety. choćby nie wiem, jak urocze (a biecz jest uroczy, fajnie się leżało na ławce przy biskupie marcinie kramerze), to osad na zębach i niesmak pozostają dużo dłużej, niż by się chciało.
ale za to gorlickie centrum kultury to jest jazda! klasyka z lat 50-tych, jak tylko zobaczyłam salę, to od razu usłyszałam te akademie, powiewające czerwone flagi itp. działa na wyobraźnię!
resztę opisał marek, a ja niewiele mam do dodania. najpierw muszę się napić dobrej kawy.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz