wtorek, 25 kwietnia 2006

coast to coast


(Cole Coffee na rogu College i 63-ciej, w poblizu Berkeley - fot. Marek Styczynski)

no wiec udalo sie! siedzimy w zakatku Oakland, gdzie zaczal sie ruch Czarnych Panter, a miejsce nosi nazwisko Jacka Londona. Dwa samoloty i trzy starty po wyruszeniu z - jak to okreslila Cristina - malego lotniska Providence. Security checks na lotniskach amerykasnkich to rzeczywiscie troche too much. Generalnie przystaje na to, ale kiedy otwarli plecak Marka i wyciagali po kolei stare sandaly, worek z brudna bielizna i plastikowy mikrofon, to poczulismy sie troche dziwnie. Jeszcze dziwniej poczulam sie, kiedy zaprosozno mnie do komory, w ktorej gazuja czlowieka czyms z gory. Podobno chodzi o zarazki, wirusy itp. ale spotyka to ludzi podejrzanych o kontakt z podejrzanymi substancjami. Nie wyjasniaja po co to robia ani na czym to polega, kaza tylko wejsc do komory i czujesz gaz z gory. Fun.
Kolowalismy dwa razy, bo 9-cioletnia dziewczynka wpadla w histerie i jej krzyki: "I don't wanna die", "this plane ain't gonna make it" itp., chyba wyprowadzily obsluge z rownowagi, bo zawrocili z pasa startowego i poprosili caloa rodzine o opuszczenie pokladu.
Turbulencje nad srodkowym zachodem, gdzies na wysokosci Kansas/Texasu. Ale widzielismy z gory Southwest, patrzylam na Wielki Kanion i pustynie, ktora ostatnio przemierzylismy samochodem. Tesknilam.
W Phoenix bylismy 15 minut. Wystarczajaco, zeby zlapac samolot to Oakland i wyslac SMSa do Nataszy. Okazalo sie, za samolot po drodze laduje w LA. Na pokladzie czadowa stewardessa, ogromna Afroamerykanka z rubasznym poczuciem humoru, dzieki niej lot byl naprawde fajny. Teksty w stylu: "That's why I don't miss my husband, I always have one on a plane, I miss my dog". Oooooch i ten akcent: "Lemme tell you, hooooney". Oh man. Moglabym sluchac jej godzinami.
Na LAXie stalismy jakies 20 minut, samolot ruszyl w strone oceanu, patrzylam na miejsca, ktore przemierzalismy na piechote lub samolotem 5 lat temu. To bylo wtedy bardzo wazne dla mnie doswiadczenie. Jak bedzie teraz. Czego znowu o sobie sie dowiem?
I wreszcie wyladowalismy na Zatoka. Siedze przy obcym Macu i stukam w klawisze, zeby uchwycic te chwile. Ze siedze; ze pije piwo, ktorego smak tak dobrze pamietam; ze sluchamy genialnych dzwiekow Living Breathing Music i ze cieszymy sie na wspolne granie; ze w tej podrozy, tym razem, niebo i ziemia polaczyly sie ze soba bardziej harmonijnie niz kiedykolwiek, bo latanie to nie tylko a) odpuszczenie sobie kontroli (letting go) b) zaufanie, ale (to wlasnie odkrylam) c) kwestia harmonii i polaczenia nieba z ziemia. Dla mnie juz nie sa oddzielne. Pokonalam strach przed lataniem.
A teraz mam wrazenie, ze kolysze sie ziemia, a to przeciez San Francisco...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz