sobota, 29 kwietnia 2006

karpaty at bay

taaa... codzienna kawka u Kolumbijczykow (Cole Coffee, rog College St. i 63-ej) - czy musze dodawac, ze organiczna? - w poblizu Berkeley, kalifornijskie truskawki, na sniadanie granola z jogurtem, obiady duzo pozniej niz zwykle, w przyjemnym towarzystwie (kalifornijska kuchnia fusion, ktora uwielbiam, a ktorej nie ma na razie prawie nigdzie na swiecie, probka to np. burrito z chinskimi warzywami mu shu w srodku i sosem inspirowanym pesto), bez kolacji, smoothies Odwalla... Oh maaan. Oh MAAAAAAN.
Czasem musze zagladac na onet, zeby sprawdzic konto Karpat i wtedy oblewa mnie zimny pot. Ze strachu. Dopoki nie beda odbierac paszportow, jest niezle, bo zawsze mozna spakowac plecak i fiuuuu w kierunku normalniejszych rejonow swiata, gdzie mniejszy ulamek populacji cierpi na powazne schorzenia mentalne. A kiedy juz fala zimnego strachu przetoczy sie przez moj zoladek, pojawia sie obrzydzenie. I zmeczenie. Mam wrazenie, ze w Polsce zaczyna smierdziec, a ten smrod przebija sie nawet przez kalifornijski jasmin. Zebym tylko zdazyla obronic doktorat.
Coz. To jedna z tych rzeczy, ktorych sie nie wybiera (po ktorej stronie globu i po jakiej stronie granicy sie rodzisz i w zwiazku z tym za kogo musisz sie uwazac). Fuck it. Down with National State. Thumbs Up for the United States of Europe.
Maly interwal swiadczacy o tym, ze moj zwiazek z rodzinnym krajem przybral forme tak typowa dla wielu: love&hate thing, dobrze wiem, ze ten stopien obrzydzenia, ktory czuje, tez jest paradoksalna i pokrecona forma czegos w rodzaju milosci, jesli mozna tak to okreslic, ze ciagle mnie obchodzi, nawet jesli przybiera to forme nienawisci. Cos jak Gomrowicz, (toutes proportiones gardees) ktory bez konca naigrawal sie z polskosci, ale byl z nia zwiazany totalnie. Martwi mnie to, bo wolalabym zimna obojetnosc. Z drugiej jednak strony - nie tesknie i moglabym mieszkac gdziekolwiek i mowic w jakimkolwiek jezyku, a smak wolnosci czuje w zasadzie tylko poza granicami Polski. Nie dla mnie spliny Wielkiej Emigracji. Nie moge zrozumiec Milosza, ktory wrocil z Berkeley do Krakowa. Z BERKELEY. Do Krakowa. Jeeeeezz!
Mialo byc zupelnie o czyms innym. I jeszcze bedzie.
Na razie ide zapijac organiczna kawa miazmaty, ktory wyzieraja na mnie z onetu (co za kretyn to wymyslil, zeby logujac sie na strone republiki i konto pocztowe, trzeba bylo koniecznie miec pierwsza strone z tymi "newsami" skaczacymi do oczu). Tylko to psuje mi nastroj w USA, Land of Free.
Kupilam wczoraj dosc stara juz pozycje Boorstina: "The Americans: The Colonial Experience", o samym poczatku, o odrebnosciach miedzy rozmaitymi rejonami Stanow, o tym wielkim kraju, ktory fascynuje mnie coraz bardziej, wbrew widmu zwulgaryzowanego antyamerykanizmu krazacego po Europie. Lapie sie na tym, ze nic nie wiem o tutejszej kulturze / kulturach (np. o roznicy miedzy Wirginia, Nowa Anglia a Teksasem chociazby), ani o tutejszej historii / historiach. Jak idiotyczne, aroganckie i eurocentryczne jest wymaganie od Amerykanow, zeby znali kazdy niuans pokreconej europejskiej historii. Europejczycy zazwyczaj nie wiedza o USA prawie nic i nie potrafia wymienic nawet 5 stanow, nie mowiac juz o ich lokalizacji.
O tym, o seksizmie wciaz przenikajacym scene muzyki eksperymentalnej, o telewizji ("Przez 24 godziny"!, nowy reality show w amerykanskiej telewizji, ktory gdzies musze zlapac), o komputerach, o ruchu gejowskim i feminizmie rozmawialismy z Amy do pozna w nocy, pociagajac czasem IPA i zagryzajac bardzo niezdrowymi chipsami imitujacymi nachos.
Wczesniej krazylismy po fascynujacym w swej industrailnej zlowieszczej brzydocie porcie Oakland i terminalu Amtraku (zdaje sie, ze chyba tutaj kiedys bitnicy konczyli swoja podroz towarowym...). W samym srodku tego rozpasanego szalenstwa stali i betonu - park. Baaardzo niezwykle miejsce. Przystrzyzony trawnik, fontanny, laweczki. Miedzy gigantycznymi zurawiami portowymi z zjednej, oraz calym skladem kontenerow z drugiej strony. Na San Francisco splywala mgla i miasto jawilo sie zupelnie nierealnie.
Dzisiaj znow ruszamy na polnoc, do Davis. Ostatni rzut oka na zatoke. Bedzie mi bardzo smutno. Nie wiem, kiedy znowu... i czy w ogole...
POtem bede myslec, ze to wszystko przestaje istniec. Kiedy odwracam sie plecami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz