sobota, 22 kwietnia 2006

terrastock


(Isobel z Bardo Pond - fot. Marek Styczynski)

No wiec zaczelo sie! Wczoraj! Po znakomitej kolacji, ktorej towarzyszyly bardzo interesujace rozmowy z naszymi gospodarzami, wyruszylismy do AS220. Zdazylismy akurat na Urdoga, ktorego perkusistka, jak sie okazalo, studiowala w Polsce 'film-making'. Bardzo transowa miejscami rockowa jazda, ale z bardzo przyjemnymi psychedelicznymi wycieczkami. Odpuscilismy sobie Major Stars, poczatek nie byl zbyt fascynujacy: rzezenie pieciu gitar + perkusja, a muzyki jak na lekarstwo. Zadziwiajace, ze tyle osob na scenie potrafi wyprodukowac tylko tyle. Jesli chodzi zreszta o psychedeliczny noise, to Bardo Pond pozostaja mistrzami. POgadalismy chwilke z Michaelem, Isobel i Johnem - to zadziwiajace, ze po tylu latach pamietaja jeszcze tamta zwariowana noc w Lemur House i koncert w Khyber. Zreszta, moze nie ma sie co dziwic, my przeciez tez mamy to niezwykle spotkanie w pamieci. Sa takie momenty, kiedy ma sie wrazenie wrecz namacalnego dotkniecia niezwykle silnej energii - to byl taki moment. Az dziw, ze wyszlismy z tego calo. Przemknela mi przez glowe niezwykla mysl: a moze to my bylismy zrodlem tego wszystkiego, co sie pozniej na swiecie wydarzylo? Dotkniecie tej energii jest wszak doswiadczeniem ambiwalentnym. Trudno bylo nam w kazdym razie opanowac wzruszenie - widzimy sie znowu, znowu probujemy dotrzec do czegos, co trudno sobie nawet uswiadomic (wizualizacje Bardo Pond jak zwykle pelne sa muchomorow, ale mam wrazenie, ze to tylko wygodny wybieg dla wytlumaczenia tego, co sie przydarza na tej sciezce, a do czego zadne substancje nie sa potrzebne), tyle tylko, ze zmienilo sie prawie wszystko. Zyjemy w innej epoce niz wtedy, w marcu 2001 roku. Byc moze nawet jest to kolejne wcielenie.
Prosto z rozwibrowanego pola nasyconego elektrycznoscia wpadlismy w kamerlany, klimatyczny swiat Sharron Kraus. Na zywo slucha sie jej o wiele lepiej, niz z plyt (nie, zeby z plyt bylo zle). Jakie to jedna dziwne: dwie kobiety na scenie (jedna z gitara, druga z wiolonczela), a muzyki o wiele wiecej niz w przypadku szostki z Major Stars.
Po drodze miedzy Pell Chafee i scena w AS220 (dzieli je raptem 20 metrow) spotkalismy jeszcze Matsa i Anne oraz Avarusow (jeden z nich nie dotarl, klopoty z paszportem i rezimem wizowym), w salce z plytami natknelismy sie na The Spacious Mind. Rzeczywiscie czujemy sie tutaj dosyc rodzinnie.
Odpuscilismy sobie after-party, w koncu mamy dzisiaj zagrac i na razie to jest najwazniejsze.
Lekki bol glowy, jednak tutejsze Boston Ale jest dosc mocne. Na sniadanie prawdziwe amerykanskie pankejki, zapachnialo Teksasem i trzydaniowymi sniadaniami z przysmazanymi ziemniakami, jajkami sadzonymi oraz pankejkami wlasnie. Nie, to nie sa nalesniki. To sa wlasnie pankejks. Coltrane i Koncerty Brandenburskie Bacha (moj ulubiony, czwarty).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz