piątek, 7 kwietnia 2006

berlin

berlin
berlin,
originally uploaded by nytuan.
Berlin – miejsca
5.04.2006
Ostbanhof, najciemniejsza strona Berlina, DeDeeR w postaci fluidu emanującego z betonowych bloków, które pozostały szare mimo, że w ramach gigantycznych ruchów finansowych postarano się trochę umilić te osiedla. Otóż prawda jest taka, że nie da się ich umilić. Pozostają stalowoszare jak oczy Ericha Honeckera, niezależnie od aktualnego koloru fasad. Chociaż może jest to kwestia jakiegoś szaleństwa kwadratów i bloczków, absolutnie żaden element nie wyłamuje się z tej estetyki, drzewa rosnące wzdłuż alei wydają się zanikać, jakby ostentacyjnie przestawały istnieć w zderzeniu z tym geometrycznym rozpasaniem. Kolejki do kas, na szczęście Jutte dzowni z propozycją przełożenia spotkania na 19.00, bardzo nam to odpowiada. Jest więc czas, żeby pojechać na Alexanderplatz i wejść w kontakt z moim absolutnie kultowym obiektem, czyli wieżą.
Od pierwszej wizyty w Berlinie, gdzieś z 10 lat temu, uosabia dla mnie ambiwalentny urok tego miasta. 10 lat temu stacjonowaliśmy na Lichtenbergu u Henninga i cała pełnia DeDeeRu była wtedy dostrzegalna dużo wyraźniej. Betonowa wieża (nie miała jeszcze czerwonawych wzorów na kopule, jak teraz) górowała nad miastem i błyskała rytmiczne zimnym światłem lampy jarzeniowej o gigantycznej mocy. Pojechaliśmy pod wieżę niemal od razu, jej odpychający, drętwo-zimny charakter miał w sobie coś przyciągającego, pełna ambiwalencja berlińskiej dekadencji. Staliśmy na balkonach otaczających wieżę, wokół nie było nikogo oprócz grupy brudnych punków z psami, wiał lodowaty wiatr i plac był zalany zimnym światłem jarzeniówek oraz dużymi napisami reklam na budynkach, które pasowały tutaj jak pieść do nosa. Coś jakby świat po katastrofie. Kiedy wtedy kładłam się spać mojej pierwszej nocy w Berlinie, miałam wrażenie, że czuwa nade mną ta złowieszcza betonowa moc, że błyskające na fioletowo oko widzi dobrze mnie i moje sny. Płynęło stąd zło i jednocześnie uczucie dziwnego poczucia bezpieczeństwa wobec czegoś, co tak nieodwołalnie i ostatecznie JEST. Przez te dziesięć lat Alexanderplatz zmienił swój entourage, ale nie zmienił charakteru, który jeszcze pogłębiła lekka, modernistyczna i ascetyczna konstrukcja City Center. Tylko wieża JEST trochę mniej, kula pomalowana w jakieś czerwonawe wzory wygląda jak clown, którego prawdziwym powołaniem jest kariera funkcjonariusza aparatu przymusu i dozoru. Nie wyjadę tam na górę windą, nie dlatego, że się boję czy mam zawroty głowy. To jest dla mnie rodzaj bluźnierczej świętej góry, a świętych gór się nie zdobywa, ich szczyty są siedzibą bogów. Tych bogów tym bardziej wolałabym nie zobaczyć twarzą w twarz, mogłabym spotkać się z tym, co mnie do nich ciągnie. Wyprawa na Alexanderplatz jest dla mnie rodzajem bluźnierczej pielgrzymki (bluźnierczej nie wobec jakichkolwiek świętości, ale wobec życia wymykającego się siłom geometrii, przejrzystości i dozoru), ponawianej za każdym razem kiedy jestem w Berlinie; powtarzalność rytuału nasyca działanie rodzajem czułości i swojskości. Nie inaczej jest w tym przypadku. Groza betonu staje się więc przedmiotem czułego wzruszenia, ale bez cienia nostalgii, czułość bez najmniejszego śladu ciepła, o ile jest to w ogóle możliwe. Wiem, że dla mnie jest – w Berlinie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz