poniedziałek, 24 kwietnia 2006

terrastock, part 2


(Neal, ja i Cristina - fot. Marek Styczynski)

i jak tu zapisac te dwa dni? od czego zaczac i na czym skonczyc? przed chwila przyszla Crtistina i stwierdzilysmy: we need some time to process it. No wiec potrzebuje troche czasu, zeby jakos to wszystko uporzadkowac. Trzy dni wypelnione muzyka, ale rownie dobrze moglabym napisac 10 dni albo 20, bo czujemy (oboje z Markiem), ze tak wlasnie wygladal uplyw czasu tutaj. Zbyt wiele sie dzialo, zeby to ujac w jakas rozsadna narracje. Podziele to najprosciej jak sie da:
highlights (kolejnosc bez znaczenia): Bardo Pond, Charalambides, Windy& Carl, niektore fragmenty Ghosta, Kemialliset Ystavat, jedna z piosenek Kitchen Cynics (czyli naszego sasiada), organizacja.
odkrycie wszechczasow: Spires That In the Sunset Rise (riot grrls psychedelic abstract bastardized punk world) - cztery dziewczyny, ktore swietnie sie bawia, a Meredith Monk pewnie by sie cieszyla slyszac, jak uzywaja glosow.
ale to cala reszta czyni Terrastock. czyli dziesiatki interesujacych rozmow i spotkan, setki wymienionych z wzajemnoscia usmiechow, ktos, kto podczas koncertu rozdaje czekoladki, bo poczul taka ochote, ktos, kto stawia piwo, bo podoba mu sie uzyka, ktos, kto daje ci w prezencie grajace zabaweczki, bo wydaje mu sie, ze moze cie to ucieszyc...
czlowiek z teksasu, ktory mowi: widzialem wasz koncert w sklepie w Austin w 2001 roku, pierwsza plyta z tego rodzaju muzyka, jaka kiedykolwiek kupilem, to byl ATMAN, pozniej Charalambides i tak sie wciagnalem, a teraz jestem tutaj;
czlowiek z Nashville, ktory mowi: widzialem wasz koncert w Nashville w 2001 roku, ja mowie: it was a weird show (bo byl, jeden z najgorszych koncertow, jakie zagralismy kiedykolwiek, na najgorszym na tym kontynencie naglosnieniu, dla grupy mocno 'trafionych' nastolatkow, po kapeli, ktora nawet nie stroila instrumentow), a on odpowiada: it was a weird venue - usmiechamy sie, bo oboje wiemy, o co chodzi;
Erin z Urdoga, ktora studiowala w Krakowie na ASP film animowany i z 40 minut wymienialismy w foyer Pell Chafee krakowskie plotki i historie o Slawomirze Shutym (wielkim pisarzem mlodego pokolenia teraz jest, ale bywalo inaczej...);
czlowiek z Washington, DC, ktory pracuje w bibliotece kongresu i robi doktorat z zarzadzania zasobami, ale to zupelnie inna jazda niz przasny dyskurs tego typu w Polsce, rozmawialismy o teorii chaosu i muzyce poludniowo-indyjskiej;
dwaj ludzie z Bostonu, z ktorymi z pol godziny przegadalismy o muzyce przelatujac od Arvo Parta do no-wave i Glenna Branki;
mlody czlowiek o polskich korzeniach, z ktorym mielismy fascynujaca rozmowe o tradycji, o tym, co to znaczy miec takie korzenie i o tym, ze moze spotkamy sie w lecie w Slowenii;
ciastka upieczone przez Cristine, ktore czekaly na nas na stoel, kiedy wrocilismy do domu o 12.00 w nocy, ociekajac deszczem (Cristina spi 5 godzin na dobe, pracuje jako wolontariuszka przy Terrastocku i ma full time job w tutejszej Radzie Miasta czy raczej w agencji stanowej d/s urbanistyki). Promienny usmiech Cristiny, kiedy kladac sie spac po prawie 12 godzinach pracy, zyczyla nam dobrych snow.
Dobrych snow, Providence, Rhode Island. Kraj, ktory niektorzy barbarzyncy uwazaja za barbarzynski.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz