czwartek, 23 marca 2006

norweska recenzja

...Sonic Suicide ukazała się w groove.no - nie rozumiemy ani słowa, ale dostaliśmy 5 gwiazdek (na 7), wiec chyba nie jest najgorzej. Jeśli ktoś czyta po norwesku...

4 komentarze:

  1. zewsząd i znikąd11 kwi 2006, 10:17:00

    Ja znam norweski! Teraz wychodzę na zajęcia, ale jakoś niedługo postaram się zajrzeć i przetłumaczyć, jak Was obsmarowano. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. super, super, czekamy z niecierpliwością (i obawą...:-)), ciekawe, czy moje domysły się sprawdzą.

    OdpowiedzUsuń
  3. zewsząd i znikąd15 kwi 2006, 19:37:00

    Niestety byłam zajęta i dopiero teraz wreszcie wchodzę przetłumaczyć.
    -------------
    Pomiędzy Polską, Słowacją, Ukrainą a Rumunią znajduje się potężny łańcuch Karpat. Gdzieś w jego cieniu po polskiej stronie ma swoją bazę Projekt Karpaty Magiczne.

    Grupa, skoncentrowana wokół duetu Anny Nacher i Marka Styczyńskiego, od końca lat 90. zdążyła już wyprosukować obszerną dyskografię (10-11 pełnych albumów). Zajmują się fotografią eksperymentalną, prowadzą w Nowym Sączu własny ośrodek kultury, gdzie m.in. prezentują instrumenty zebrane w ciągu 20 lat, a także napisali książki o podróżach zarówno na Wschód, jak i do Słowacji. Jest to kraj, którym są szczególnie zafascynowani - podobnie jak niżej podpisany - i jak mówią: "an excellent example of how modern and traditional can be in a constant and lively dialogue."To zrozumienie do pewnego stopnia może prowadzić do ich licznych projektów muzycznych.

    Ze wstydem muszę przyznać, że jestem słabo zaznajomiony z ich wcześniejszymi płytami, jednak rozumiem, że "Sonic Suicide" nie zrywa znacząco z pozostałymi dokonaniami pod szyldem Projektu Karpaty Magiczne.Inne koncepcje jak Ethnocore/Ethnoise wskazują na połączenie między awangardą a muzyką etniczną, które zostają rozwinięte także tu. Instgrumentarium jest bogate i kieruje się zarówno w stronę elektro-akustyki jak i muzyki konkretnej, dźwiięków studyjnych i nagrań terenowych z Nepalu, Bułgarii i Chin. Muzyka robi wrażenie opartej na improwizacji, zapętleniu i nie mniej na [tu nie jestem pewna, czy dokładnie zrozumiałam] badaniu kontrastujących wzajemnych wpływów między różnorodnymi instrumentami - wiele z nich pochodzi z Azji Środkowej. Kakofonia, której się poświęcają, tworzy obraz klaustrofobiczny i szalony, Sonic Suicide, które w każdym razie stanowi odwrotność ich prac z zakresu muzyki medytacyjnej/naturalnej (np. projekt Biomuzyka).

    Sonic Suicide to bardzo szczególne przeżycie, bogate zarówno w wariacje jak i nieoczywiste pomysły. To płyta burząca podziały między muzyką świata, free jazzem, folkiem, drone i hałasem. Od razu przyszło mi do głowy, że brzmi to jak połączenie Lydii Lunch i Billa Laswella, [uwaga, tu nie będzie ładnie brzmiało po polsku] albo że wyłupuje im miejsce między Cerberus Shoal a Acid Mothers Temple, z myślą o właśnie takiej rozpiętości, jednak rozwój przebiegający na przestrzeni tych 8 utworów jest tak zajmujący, że takie szufladki mogą łatwo stracić znaczenie.

    Sonic Suicide wychodzi od połączenia nowoczesnego wokalnego jazzu z nutką funkującej psychodelii poprzez hałaśliwą partię gitary w bardziej zaburzony teren. Z pulsu didgeridoo i niespokojnej tkaniny dźwiękowej z instrumentów dętych i perkusyjnych powstaje dźwiękowy labirynt "Carpathian Herbs", narastający na przestrzeni blisko 15 minut. Prawie równie długi utwór tytułowy to najlepsza część płyty, zbudowana na powtarzającym się basowym riffie, postępującym powoli i hipnotycznie naprzód, w okryciu chropowatego, niespokojnego gitarowego hałasu i elektronicznych dysonansów, aż rozpływa się w jakiejś gotyckiej mszy na ostatnie dwie minuty, Powerful stuff.

    Mam najlepsze wyczucie tych ... (ech, pewnie lepiej ode mnie znasz angielski... wedle dużego słownika norwesko-angielskiego "utagere" tłumaczy się jako "act out"... ale co to dokładnie znaczy, nie mogę znaleźć :() i rozkwitających partii instrumetalnych, i nieco większy problem z dramatycznym wokalem Anny Nacher. Jej barwa głosu, gdzieś w obszarze Lydia Lunch/PJ Harvey/Nina Hagen, nie przemawia do moich uszu; szczególnie niedobrze wypada zimne "2003". "It's been hard time, 2003, waiting for better dreams, getting used to life on the brink of tragedy, 2003, watching war games on TV...." w jąkającym się angielskim razem z powtzrzającym się riffem gitarowym, to nie jest udane. Jednak te krótkie, bardziej zwyczajne, fragmenty nie psują wrażenia płyty wyrosłej z poszukiwawczego ducha, z grupy, dla której małe znaczenie mają granice tak geograficzne, jak i muzyczne.

    OdpowiedzUsuń
  4. bardzo dziekujemy i prosimy o podanie namiarow mailem do mnie, z naszej strony na przyklad (niewykluczona nagroda)...

    OdpowiedzUsuń