niedziela, 28 grudnia 2008

Australia

Nie da się ukryć, wybrałam się na "Australię", głównie ze względu na Nicole Kidman, której rola w "Godzinach" na długo zapadła mi w pamięć oraz z powodu samej Australii, która pozostaje dla mnie miejscem fascnującym, aczkolwiek wciąż tajemniczym. Po wyjściu z kina pozostało nam oszołomienie: jak można zrobić tak niedobry film mając kilka tak kapitalnych tematów do dyspozycji? Długo by wyliczać: brak konsekwencji w fabule (może dlatego, że scenariusz pisały aż 4 osoby, które najwyraźniej miały ze sobą luźny kontakt); łzawość, ckliwość i tani sentymentalizm w dawkach horrendalnych (trzeba było uważać na buty, bo łzy publiczności, nas nie wyłączając, lały się strumieniami); schematyzm i naiwność wątku, który miałby być zapewne szlachetną w zamierzeniach krytyką kolonializmu oraz rozliczeniem z dramatem tzw. Straconego Pokolenia (a jest jednym wielkim stereotypem, mimo interesującego elementu dzieci z mieszanych związków). Aborygeni koniecznie muszą być albo ofiarami, albo pojawiać się niespodziewanie, acz malowniczo i mówić niezrozumiałym językiem (wypisz, wymaluj, jak z opisu XIX-wiecznych podróżników). Jedyne plusy: zabójczo przystojny, fakt, Hugh Jackman i krajobrazy. I może wątek muzyczny (idea tzw. songlines, choć mocno tutaj uproszczona, stanowiła jednak dość ważny, a nawet zasadniczy temat). Najgorsze: (pomijając ckliwość) kiedy człowiek myśli, że to już koniec, okazuje się, że to dopiero połowa. Największa żenada: gołym okiem widać "komputerowość" scen po bombardowaniu Darwin (recenzent "Dziennika" uznał je za...realistyczne).
Nawet biorąc poprawkę na to, że to miało być "widowisko" i "fresk historyczny", naprawdę trudno uwierzyć, że twórcy nie widzieli mistrzowskich: "Ostatniej fali" Weira czy "Walkabout" Roegga, a nawet "Polowania na króliki" (o dwie klasy niżej) Noyce'a. Naprawdę fascynujące jest jednak to, jak dobrze film jest przyjęty przez odbiorców (wczoraj śledziłam dyskusję na "The Independent" a dziisaj na "Filmweb", ale nie chce mi się szukać linków). I wcale nie zamierzam utyskiwać na brak wyrobienia odbiorców, naprawdę wydaje mi się to niezwykle interesujące: co uwodzi nas w takich "widowiskach"? Oczywiście mam kilka odpowiedz na podorędziu, ale to temat na innego bloga :-).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz