czwartek, 15 marca 2012

na gigancie


Gigant wygląda tak: w piątek wieczorem idzie się do pracy na ładnych 7 godzin (zaczynając pobudką o 6.00 rano, żeby nie stać śpiąc przed grupą miłych młodych ludzi od 8.45), po powrocie siada przed kompem i jak zwykle od tygodni frenetycznie próbuje nadgonić pisanie, o 17.00 wychodzi się z domu, żeby w drodze na imprezkę u znajomych zdążyć jeszcze kupić bilety  Kraków-W-wa-Kraków, dociera się na imprezkę w samą porę około 20.00, wraca się do domu (na szczęście) przed 1.00 (bo się człowiek starzeje), wstaje się o 4.30 i wybiega do iCara, żeby zdążyć na 5.26, w pociągu można umrzeć z gorąca (pociąg nazywa się "Smok Wawelski") nie ma wagonu barowego ani nawet automatu z napojami; nie sposób czytać, bo podróżuje się z grupą kobiet zaangażowanych w jakiś system sprzedaży bezpośredniej a la Oriflame tylko pod inną nazwą i ich rozmowy są jak z kosmosu, więc nie można nie podsłuchiwać; po drodze człowiek stara się nie patrzeć przez okno, żeby nie zobaczyć resztek rozwalonego tydzień wcześniej pociągu; wysiada się na Centralnym (oh my, nareszcie go umyli po 40 latach i nazywają to remontem - ale jeśli Euro sprawiło, że toaleta na DC wygląda teraz tak, jak wygląda; GRAJĄ Z GŁOŚNIKÓW SMOOTH JAZZ i TRIP HOP!!! to warto było jednak); porywa się po drodze jakąś kawę w biegu i prowadzi czterogodzinne zajęcia; wybiega się z PANu tradycyjnie gubiąc się w korytarzach i biegnie na pociąg powrotny rejestrując po drodze kątem duszy, że choć Warszawka fajna i coraz fajniejsza, to jednak prawdziwe miasto jest w Krakowie (kochani Warszawiacy, naprawdę lubię stolicę, jest coraz większą metropolią z energią, fajnymi ludźmi i biglem, ale co poradzę na to, że nie czuję miasta na tym wygwizdowie pod Pałacem KUltury, no nie czuję, a w sennym, zaczadzonym, lekko śmierdzącym kotami i moczem ludzkim Krakowie i owszem, nawet pod Galerią Krakowską); zapada się człowiek w sen po tym wszystkim i... wstaje o 4.30, żeby zdążyć na autobus w Rohacze. A tam... cisza. Śnieg. Całe dwa metry tego śniegu. Grupa narciarzy wali na wyciągi, my w przeciwną stronę. Zakładamy foki i... oh my. Co za porażka. Ledwo mam siłę podnieść nartę, jeden krok za drugim. Nie myślę absolutnie o NICZYM, bo myślenie męczy. Każda kolejna myśl męczy. I tak do góry dobre 2,5 godziny. Krok za krokiem, ZERO myślenia, bo męczy. Ledwo starcza na złapanie oddechu. Ale na górze jestem lżejsza o co najmniej siedem dni przed komputerem i jedną podróż do W-wy. Jeszcze tylko aksamitny zjazd w dół, niesustannie w dół przez pół godziny, przed nami ktoś próbował, ale jest tylko jeden ślad, miejscami można nawet trochę pofrirajdować, chociaż śnieg ciężki. W przyszłym sezonie uczę się telemarkiem, a co. Zawsze podobała mi się niewymuszona elegancja telemarku - chyba jednego z trudniejszych stylów jazdy! W przyszłym sezonie... oby śnieg był głęboki  a komputer miał czas na pokrycie się warstewką kurzu. Dojeżdżamy do wyciągu, śnieg na ratrakowanym stoku jest gorszy niż ten, który mieliśmy po drodze z Rohačskich Plies - poznaję to po tempie, w jakim ludzie zjeżdżają w najbadziej stromym miejscu (a znam je dość dobrze). Zapadamy więc w obskurnej "jedalni". Obserwujemy wybory i, niestety, pożar zamku w Krasnej Horce (a raczej jego pozostałości). Krasna Horka... to temat na inną opowieść. Letnią i na rowerze, przed kilkoma laty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz