niedziela, 15 listopada 2009

magic carpathians

Dobre podróże mają to do siebie, że dzialają z opóźnionym zapłonem. To znaczy uruchamiają wyobraźnię jeszcze długo po tym, jak się z podróży wróciło. Tak jest również tym razem - trzy dni spędzone w głębi Transylwanii upłynęły nadzwyczaj szybko (zwłaszcza powrót non-stop z Cluj-Napoca via Oradea, Debreczyn, Miszkolc, Koszyce i Nowy Sącz: jakieś 11 godzin drogi biorąc pod uwagę godzinne przesunięcie czasu między Węgrami a Rumunią), ale taśma kręci się dalej i łapię się na szperaniu w sieci i sprawdzaniu jakichś szczegółów dotyczących XIX wiecznej historii Cluj albo sprawdzaniu, przez jakie wioski Maramureszu właściwie przejeżdżaliśmy. Jakoś tak się ułożyło, że przez Rumunię głównie przejeżdżam, ale zawsze jest to przejazd brzemienny w jakieś skutki i niebanalny, nie polega tylko na pochanianiu przestrzeni. Tym razem także padał deszcz, było niezwykle szaro, co pokazuje zdjęcie brzegu Cisy w Tokaju. Za Koszycami, w Encs, skręciliśmy z dobrze znanej E71 w lokalną drogę przez Abáujkér i Tally do Tokaju. Poczulam wzruszenie i cieĻlo mi się zrobiło na sercu, bo 3 lata temu jechaliśmy tędy na rowerach, co już tutaj opisywalam. W Tokaju wszystko na swoim miejscu; jest csarda z najlepszą zupą rybną w tej części Europy (well, i mapą Wielkich Węgier na ścianie), jest Cisa z malowniczymi brzegami, do których zacumowane są czółna. Trochę bardziej sennie niż zwykle, bo to listopad, szaro, mży i o 16.00 zaczyna się ściemniać, ale kilka winnych piwniczek jednak zaprasza, w tym i ta, w której kupiłam genialny Tokaj Aszu (ja, która nie lubię słodkich alkoholi!), choć degustacja urągała wszelkim standardom higienicznym (i za to kochamy takie właśnie miejsca, bo są prawdziwe, realne, kurz na butelkach jest prawdziwy, pleśń na ścianach i oblepione lekko kieliszki też). Lubię takie miejsca, bo noszą ślad życia. Z bólem serca ruszyliśmy dalej, bo aura i degustacja tokajskich specjałów zachęcały do zaszycia się w jakimś ciepłym łóżeczku. Wizyty w Satu Mare sprzed 7 lat nie wspominam dobrze; najpierw błądzenie po kompletnie ciemnych ulicach bez żadnego oznakowania, później omal nie straciliśmy zawieszenia na jakiejś gigantycznej dziurze w asfalcie (za to pękła przednia szyba na tym wyboju), jeszcze później - próba wymiany wauty w jakimś podejrzanym hotelu, którego klientelę stanowili niemal wyłącznie muskularni mężczyźni w czarnych skórzanych kurtkach. Satu Mare anno domini 2009 to jednak zupełnie inne miejsce - jedno z setek niezwykle uroczych C.K. miasteczek między między Pragą, Wiedniem, Krakowem a Bukaresztem i Niszem (zapyziałych niesłychanie, to fakt, ale uroczych). Hotel okazał się być bardzo miłą przystanią, gdzie wreszcie można było - nasyciwszy się rumuńską wersją bułgarskiej chalgi czy kolejnym głupim filmem z Jackim Chanem z rumuńskimi podpisami - nakryć głowę kołdrą i odpłynąć. cdn. (mam nadzieję, wkrótce).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz