niedziela, 19 kwietnia 2009

krążymy

Po dwóch koncertach oraz przemierzeniu dystansu nad morze i z powrotem (w ciągu 3 dni) jestem wreszcie w domu. W podróżach najprzyjemniejsze jest to, że nie ma innego wyjścia, jak dawać się zaskoczyć (najmniej przyjemne jest to, że trzeba być osobą społeczną od razu po przebudzeniu i musi się bez przerwy albo słuchać, albo rozmawiać, albo w ogóle reagować, ale to zawsze będzie dla mnie najtrudniejsze). Eric osiągnąl W-wę wcześniej niż my, Andrzej ledwo zdążył jadąc z Raciborza (po koncercie wsiadł w samochód i wrócił z powrotem na Śląsk). Po raz drugi potwierdziło się moje ostatnie wrażenie: z W-wą dzieje się coś naprawdę fajnego. Ciekawie jest być w tym mieście, nawet jeśli nie da się przezeń przejechać w żaden sposób (o ile coś nie mieści się na linii metra). A publiczność warszawska jest świetna, choć może czasem niełatwa (syndrom nowojorski: been there, seen this). W każdym razie prosto z naszych różnych pojazdów wpadliśmy w pole elektryczności i tak zostało, kładłam się spać jak zwykle w takich przypadkach absolutnie wykończona, gdzieś w gościnie na opłotkach stolicy, gdzie rano gdakały kury i śpiewały ptaki. Po drodze do Gdańska (w końcu 5 godzin trzeba jakoś wytrzymać) liczyliśmy, od kiedy gramy w "Plamie" na Zaspie, i w ilu innych miejscach graliśmy w Gdańsku, i trudno było się doliczyć. Rok temu otwieraliśmy nową salę koncertową w klubie, teraz testowaliśmy pokoje gościnne. Gdańsk jest poza zwykłymi kategoriami "koncertowymi", bo tylko tam siedzi się przy herbacie / kawie / winie długimi wieczorami tocząc wszelkiego rodzaju rozmowy z przyjaciółmi między scenografią z kolejnych Fet (z dużym, metalowym kanistrem ozdobionym wymownym napisem "Generic Vapeur" nad głową), spektakli zaprzyjaźnionych trójmiejskich teatrów ulicznych, zdjęć z kolejnych imprez w "Plamie" (z weteranami sceny yassowej) i dwoma akwariami, gdzie żyją przypuszczalnie największe glonojady w tej części Wybrzeża (inna sprawa, że jak w nocy bulgoce pompka akwarium, to bardzo dobrze się śpi). Pokazaliśmy Ericowi to, co można było pokazać w 4 godziny (a uparliśmy się i na Sopot, i na Gdansk) zanim wsiadł do pociągu, który odwiezie do via W-wa do Wiednia. Sami podążyliśmy podobnym szlakiem dzisiaj.
Uwaga! Coś strasznego i niewiarygodnego się wydarzyło! W międzyczasie WARS przeszedł metamorfozę na trasie Kraków - Gdańsk i nie sposób teraz na cokolwiek narzekać! Dania wegetariańskie w karcie, łosoś na śniadanie (po norwesku), desery (ciasto domowe). Nie, nie piszę z przyszłości i jeszcze nawet nie otwarłam butelki chilijskiego Caberneta, nie jestem też aż tak zmęczona podróżą. Po prostu - nie sposób narzekać. Jeśli znikną stare, śmierdzące Warsy z pociągów relacji Przemyśl - Szczecin, to nastąpi koniec świata zapowiadany na 2012.

1 komentarz:

  1. Miło było Was spotkać :)
    A propos PKP:
    http://www.interia.tv/kabarety/paka2009,5900,0,1,1292172
    ok. 8 min - tragedia w PKP
    A na deser ok. 13 min - pomniki papieża
    :)
    ovoo

    OdpowiedzUsuń