niedziela, 5 kwietnia 2009

narty wiosenne



Narty wiosenne są zupełnie inne niż narty zimowe - choćby dlatego, że można wygrzewać się na słońcu i jeździć w T-shircie. Śnieg jest trochę śmieszny, ale jeździ się całkiem fajnie, zwłaszcza przed 12.00, zanim zrobi się naprawdę ciepło. Wczoraj w Dolinie Rohackiej było wręcz idealnie, słońce, błękitne niebo i białe od śniegu Tatry (jak dla mnie trochę zbyt idealnie, wolę typowy tatrzański pejzaż ze szczytami w mgłach i chmurach). Gołym okiem widać było niezłe nawisy śnieżne na graniach. W dodatku ptaki szaleją, zięby udają kosy, szpaki imitują sikorki, odzywają się dziesiątki głosów, które trudno od razu zidentyfikować, niżej całe łączki fioletowe od krokusów, wszędzie pachnie wiosną. Zjeżdżając do Krakowa zatłoczoną zakopianką, w czerwonawej poświacie zachodzącego słońca byłam na tyle zrelaksowana, że nawet nieodmiennie wiszące nad Krakowem smugi smogu (!) wydawały się jakieś weselsze, to w końcu Dom (Krakow bez smogu to jak Londyn bez Big Bena i bez "jajka"). No i inaczej jest wysiadać z autobusu w sobotę o 19.00 w styczniu (ciemno, zimno, czekanie na upragnioną 114 albo 194 dłuży się niemiłosiernie, a palce marzną) niż w kwietniu (jasno, ciepło, czekając bez końca na upragnioną 114 albo 194 można rozkoszować się przedsmakiem lata). Ból głowy tylko ten sam (to jednak niezbyt rozsądne, żeby w ciągu jednego dnia przemieszczać się z Krakowa w środek Tatr i z powrotem), ale to po prostu konieczna cena za chwilę wyłączenia w górach.
No i teraz szpaki-poligloci zaglądają mi do kawy przysiadając na poręczy balkonu (gdzie się podziały sikorki?) - okazuje się, że i tutaj biegle posługują się narzeczem sikorkowym.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz