niedziela, 12 kwietnia 2009

ogrodniczo

Gruntowne pozimowe porządki na balkonie. Nasz cudny, 2,5 metrowej wysokości miłorząb japoński (Ginkgo biloba) przetrwał swoją drugą zimę krakowską (jak to dobrze, że mamy niestandardowy balkon na ostatnim piętrze!), ma zielone pąki i widać, że jest w dobrej kondycji. Związana z nim jest niezwykła zupełnie historia - rok temu, kiedy po pierwszej zimie na balkonie nie dawał znaku życia, byłam trochę załamana, bo cała operacja wykopania drzewka z naszego sądeckiego miniogródka i przewiezienia go do Krakowa (nie mówiąc już o znalezieniu odpowiedniej donicy!) wcale nie była taka bagatelna. Do drzewka jestem bardzo przywiązana. No więc po swojej pierwszej zimie w ekstremalnie zmienionych warunkach przybrało postawę przetrwalnikową i wydawało się być zupełnie uschnięte. Nie dawaliśmy jednak za wygraną i nieodmiennie podlewaliśmy, rozmawialiśmy, pielęgnowaliśmy... Do maja nic. Kiedy już się wydawało, że jednak nic z tego nie będzie, nieoczekiwanie zjawił się Vlastislav (to też niezwykła historia o tym, jak ZUPEŁNIE przypadkowo Vlasto znalazł się na podworku naszego budynku przed swoim koncertem w Mandze) i to chyba właśnie on wpadł na pomysł: a może zagrać miłorzębowi na shakuhachi, co też uczynił. W kilka dni po wyjeździe Matousków drzewko puściło nieśmiałe zielone pąki. A tym razem - proszę, jest dopiero 12. kwietnia, a Gingko zabiera się zdecydowanie do wypuszczenia listków.
Niestety, wygląda na to, że moja ukochana azalia padla ofiarą zimy i choroby grzybowej, która dręczyła ją od roku (i której nie udało się na razie zwalczyć). Albo po prostu nie wiem, jaka muzyka jest dla niej odpowiednia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz