środa, 15 września 2010

iPad vs. WiFi w Polsce (0:1)

To, że po przemierzeniu połaci Europy iPad napotka naturalne bariery w Polsce, było dla mnie oczywiste od początku i czekałam tylko, kiedy to nastąpi. I nastąpiło. Niniejszym ogłaszam: iPad vs. WiFi w Akademii Krakowskiej wynik 0 :1. Dlaczego? Bo system logowania... nie działa pod przeglądarką Safari, jak objaśnili mi panowie informatycy, sugerując, że to wina oczywiście moja i mojego sprzętu, a nie wybranego przez nich systemu, który słabo toleruje różnorodność platfom. Pomyślałam sobie spacerując po Moście Kotlarskim: będę teraz kolekcjonować takie przypadki. Tu mały off topic (ale pozorny): cóż z tego, że szybki tramwaj, jeśli jeździ.... co 20 minut, a autobusy 192 i 292 już tam nie jeżdżą, bo.... szybki tramwaj, na szczęście lubię spacery po Moście Kotlarskim i szczerze nienawidzę tych, którzy zaprojektowali organizację ruchu na Rondzie Grzegórzeckim - jest to jedyny w moim życiu przypadek szczerej nienawiści. 
Zanim zhakuję iPada (pokaz poglądowy był bardzo zachęcający ;-)) i zobaczę, co jeszcze da się zeń wycisnąć (a da się i tak prawie wszystko), jestem właściwie na Safari skazana. Już widzę miny wszystko-wiedzących-wszystkomających-w-starym-hapeku geeków. (Żeby nie było - sama mialłm HaPeka, którego bardzo lubiłam). Otóż, nie. iPad jest istotą rewelacyjną, zwłaszcza w podróży i zwłaszcza dla osoby której naprawdę potrzebne jest noszenie 160 książek w postaci pdfów ze sobą. Tak jak podejrzewałam, czytając pierwsze recenzje w polskiej prasie - w rodzimym odbiorze zaszło jakieś gigantyczne nieporozumienie. iPad nie ma ani zastąpić komputera ani laptopa. Każdy, kto dźwigał prawie codziennie to ostatnie urządzenie do pracy, doceni lekkość, komfortowość i bezproblemowość ostatniego "jabłczanego" gadżetu. A już zupełnie nie rozumiem postawy typu "kiedy ci durni użytkownicy zrozumieją, że iPad nie jest im potrzebny", nie rozumiem po prostu nawiedzonego moralizatorstwa, które każe koniecznie objawiać innym, co mają w życiu robić i z jakiej filiżanki pić poranną kawę. No w każdym razie po dziesiątkach sieci, do których się ostatnio logowałam w Linzu i Berlinie przyszedł czas na porażkę. i nastąpiła ona właśnie tu i teraz, co symptomatyczne. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy Bank Śląski (wówczas bez ING) nie umożliwiał logowania do systemu pod Firefoxem, uzasadniając t bezpieczeństwem. Czasy pokazały, że kijkiem Wisły nie zawrócisz, a bepieczeństwo IE od tamtej pory wielokrotnie (i czasem tragicznie dla użytkowników) było obśmiewane.
To jest zresztą tylko kopia wielu podobnych zdarzeń znanych mi z koncertów: w polskich klubach (a bywa, że na scenach dużych festiwali) mój piecyk, moja gitara, nasz mikser i nasze efekty zawsze są, zdaniem domorosłych inżynierów dźwięku, zepsute, a w analogicznych sytuacjach poza naszą granicą - działają bez zarzutu. Ta strefa nudnego, sprawnego (i jakże błogiego !) zarządzania systemowego zaczyna się już za naszą południową granicą...  Nie trzeba tam też nigdy toczyć żadnych dyskusji z panami od sprzętu "co by było gdyby", ewentualnie "jakby było dobrze gdyby", obserwując, jak popiół z trzymanego przez nich w paszczy tlącego się papierosa chybotliwie balansuje tuż nad naszym (oczywiście zepsutym) instrumentem, kablami lub urządzeniami (i ten portret to nie jest niestety, wpsomnienie rodem z PRLu, ani nie dotyczy kategorii tzw. starego dziada-elektryka; nie, zdarzają się też tacy zupełnie młodzi kolesie, w naszym żargonie wewnętrznym noszą ksywę "didżejrezydent"). W tej strefie błogości ludzie zajmują się po prostu tym, czym mają się zajmować i nie ubogacają życia swoich bliźnich receptami na życie wysoce moralne, rozsądne, pozbawione gadżetów i pełne przenikliwości ani na wspaniały sprzęt zawsze-działający-bez-zarzutu (w naszym wewnętrznym żargonie to ostatnie jest określane jako "a-ja-mam-w-domu-osiemnaście-generatorów-sinusoidalnych". I to dlatego czasami nawiedza mnie myśl o tym, żeby zgłosić się na kierunek budownictwo na AGH i uzyskać dyplom mgr inż. budownictwa. W połączeniu z doktoratem nauk humanistycznych byłby to niezły melanż. A w gruncie rzeczy mogłabym to streścić lakonicznie i mało odkrywczo, w uroczy, charakterystyczny dla pełnych zdystansowania krajów anglosaskich sposób: live and let live.

3 komentarze:

  1. Organizacja ruchu na Rondzie Grzegorzeckim jest faktycznie szokujaca, choc trzeba docenic ten kunszt planowania. Z ktorej strony by sie nie jechalo tramwaj staje dokaldnie trzy razy: przed rondem, na rondzie i za rondem (tu nareszcie przystanek). Tego sie nie da ot tak wymyslic...
    Pozdrawiam:)
    Magda Zet.

    OdpowiedzUsuń
  2. No faktycznie, racja, jest to swego rodzaju specyficzny kunszt. A pamiętasz, Magdo Zet., jak istniały kiedyś przystanki tramwajowe PRZED cholernym Rondem G. od strony Grzegórzeckiej? No i komu to wadziło? Ile razy tam stoję w tramwaju na światłach, przyglądając się, jak właśnie ucieka mi pojazd na Zabłocie, mam ochotę skopać komuś d. (a stoi tam bezproduktywnie każdy tramwaj, szybki też). Albo gdyby zrobić jakąś estakadę dla pieszych, bo piesi są tam straceni. Ech, buractwo i brak myślenia technicznego (zresztą, co ja się tak podniecam, jeśli tory na Dugiej się "nie zeszły", dokladnie tak samo, jak kilka lat wcześniej na Pawiej...

    OdpowiedzUsuń
  3. no oczywiście, że Długiej miało być :-)

    OdpowiedzUsuń