środa, 22 września 2010

Mitteleuropa

I dokonał się powrotny przejazd Budapeszt - Kraków za pomocą kolei słowackich (głównie), węgierskich (po części), busa firmy Strama oraz Szwagropolu. W całości kolejne etapy prezentowały się następująco:
Deak Ferenc Ter - Nyugati Palyudvar (metro linia niebieska)
Budapeszt Nyugati - Šturovo (pociąg MAV, czyli kolei węgierskich)
Šturovo - Nove Zamky (pociąg ŽSR, czyli kolei słowackich, czekał na nas 5 minut, bo przyjechaliśmy z opóźnieniem)
Nove Zamky - Šurany (pociąg jw)
Šurany - Banska Bystrica (pociąg jw., tyle, że 'rychlik')
Žiar n/Hronom - Hronska Dubova (przejazd komunikacją zastępczą)
Hronska Dubova - Banska Bystrica (pociąg jw., 'zrychleny')
Banska Bystrica - Vrutky (jw., 'rychlik', czekał na nas 10 minut, bo byliśmy opóźnieni)
Vrutky - Liptovsky Mikulaš (jw.)
Liptovsky Mikulaš - Zakopane (bus firmy Strama)
Zakopane - Kraków (Szwagropol)
Borek Fałęcki - nasza 'wieża'
Czas przejazdu: nieco ponad 12 godzin. Nie do wykonania w Polsce, gdzie pociągi (żadne niemal) nie są ze sobą skomunikowane (a na Słowacji są i wystarczy dać znać konduktorowi/-ce, że się  ma przesiadkę, i poprosić o to, żeby "hlasit' dispečerovi").
Niech żyje Mitteleuropa i jej duch, wyrażony przez konduktora (pozdravujeme!) na trasie z Novych Zamków do Šuran: "ne ponahlajt'e sa!" (kiedy szybko zerwaliśmy się, bo pociąg był trochę spóźniony, a my mieliśmy przesiadkę). W jego napomnieniu zawarta była reakcja na nasz poważny zamach na tegoż ducha, którym przeniknięte są wszystkie urzędy i koleje w tej części Europy (a jak wiadomo, był to jej kościec); zamach wyrażający się w zbyt żwawym zdejmownaiu plecaków z półki. Nie dziwi nas więc, kiedy wszystkie operacje logistyczne na Węgrzech odbywają się za pomocą długopisu i pieczątki, nawet bilety 72-godzinne na metro pani w okienku ozdabia własnoręczną adnotacją z datą i godziną. Nie to, co w KRK, bezwstydne, bezduszne kasowniki odnotowujące datę i godzinę pozbawiają pracy setki funkcjonariuszy; bo w budapeszteńskiem metrze na kadej stacji przy wejściu stoi osiem osób (!!! no kidding) sprawdzających bilety; niektóre z tych osób niedowidzą (autentyk!!). Nie mówiąc już o kasach, w ktoryc kupuje się bilety międzynarodowe - można już płacić kartą (a kilka lat temu było to, hm, skomlikowane), ale ilość szpargałów, zapisanych karteluszków, linijek, gumek do mazania, ołówków i długopisów każe się jednak rozglądać za portretem Franciszka Józefa ze śladami muszych odchodów (i on tam jest, jest na pewno, schowany za szafą albo pod biurkiem). Ambiwalentne to dziedzictwo (jak cała Miteleuropa) i raz je lubię, a raz nie; ale generalnie jest mi bardzo dobrze, kiedy wygrzewam się w promieniach słońca na jakiejś ławce dworcowej w Novych Zamkach, z Nivovą bagetą w ręku, którą uprzednio zrobiła własnoręcznie i niespiesznie (ne ponahlat' sa!) pani z bufetu ulokowanego w małym kiosku z czerwonym daszkiem. Bo i mnie się narzuca ta nieśpieszność; łatwo o nią w kraju, gdzie wiadomo, że pociąg poczeka, kawa z automatu ma właściwą zawartość kawy i gdzie ludzie ładnie wymawiają moje ulubione długie 'a'. 
Taka sama zresztą nieśpieszność daje się wychwycić po drugiej stronie Dunaju; proporcje kawy do wody wypadają jeszcze korzystniej i choć język jest czystą abstrakcją, to wiadomo, że ludzie chcą się porozumieć i najczęściej trafia się tam, gdzie się chce / gdzie się zamierzyło, choć po drodze trafiają się dodatkowe niespodzianki; jak Muzeum Marcepanu w Szentendre (oj, poległam, jak tu nie polec wobec marcepanowych czekoladek nugatowych! cherry! migdałowych! czekoladowych! śliwkowych! pistacjowych! eh, boy...). Na koniec odrobina Portuguisera na tarasie z widokiem na Dunaj i życie staje się jeszcze bardziej nieśpieszne i smakuje jeszcze lepiej. Jak to w Mitteleuropie.


5 komentarzy:

  1. "Bo i mnie się narzuca ta nieśpieszność" -? Czy raczej udziela? Narzucac sie ma znaczenie negatywne, a z tego co pani pisze wynika, ze to pani lubi. Wiec chyba udziela sie. Prosze darowac uwage, jako stara belferka od lat "robie w języku" :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. A, cenna uwaga, dająca do myślenia, dziękuję! To właśnie ta ambiwalencja przez mnie przemówiła - raz lubię to tempo życia o szybkości nurtu Dunaju pod Budapesztem a innym razem mnie wkurza dokladnie to samo :-) stąd może ten językowy lapsus...POzostanę więc zawieszona mięzy udzielaniem się mi (to poza tym tak ładnie, po Heideggerowsku brzmi) a narzucaniem :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. oczywiście "przeze mnie", bloga się pisze w pośpiechu, a w pośpiechu się zjada litery :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Się zjada litery?... :) Ne ponahlat' sa! - ovoo

    OdpowiedzUsuń