sobota, 18 września 2010

Kalmuk Dance Night

I jeszcze konieczne post-scriptum: wieczorem trrafiliśmy na imprezę folklorystyczna w stylu "Kraj Rad śpiewa i tańczy", czyli ulubione gdzieniegdzie i u nas opakowanie ttradycyjnych form muzycznych w baletowo-operowo-campowy entourage. Szybko jednak przestałam snobistycznie i protekcjonalnie myśleć wg takich właśnie, jak wyżej, schematów. No i co z tego, że entourage sztuczny i nadęty nieco (i jakże campowy jednocześnie), kiedy tancerze i śpiewacy, poczatkowo spięci, w końcu zaczęli cieszyć się tym, co robia? Mieli z tego kupę frajdy, podobnie, jak spora grupa ludzi z Azji Środkowej wśród publiczności. A zupełnie już przestaliśmy wybrzydzać, kiedy na scenę wkroczył młody chłopak z tradycyjnymi instrumentami smyczkowymi i "odpalił" alikwoty, zwane u nas śpiewem gardłowym i kojarzone wyłacznie z Tuwa. Warto było przyjść do Hagyomanyok Haza wyłacznie choćby dla jego kilkuminutowych trzech wystapień wtłoczonych w ten monumentalny w formie, ludyczny w treści folklor. Przydały się mizerne resztki rosyjskiego, po koncercie mogliśmy zamienić kilkla słów z Dimitrijem i dowiedzieć się, że nauki pobierał najpierw od dziadka i ojca, a później od znanego w Kałmucji mistrza. Być może typpwa historia, ale głos wyjatkowy. Wieczorny spacer nad Dunajem pozwolił nam odkryć neoszamańskie oblicze Budapesztu, ale o tym naoisze pewnie M.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz