sobota, 18 września 2010

compassion without religion

Dzisiejszy dzień spędziłam w większości siedzac, słuchajac i starajac sie rozumieć, co wcale nie jest takie łatwe. Bez gruntownej podbudowy filozoficznej nie jest łatwo nadażyć za tokiem rozumowania Jego Światobliwości - jest oczywiście ten poziom nauk najprostszy z możliwych i do zrozumienia dla każdego, ale sa też momenty, kiedy naprawdę trzeba wysilić umysł. Dalajlama jest też świetny w odcinaniu korzeni new age'owych mistycyzmów. Jedno z pytań dzisiejszej sesji Q&A brzmiało mniej więcej tak: czy to prawda, że czakra serca znajduje się na Węgrzech? Głęboki, sppntaniczny śmiech Jego Światobliwości starczył za odpowiedź i wkrótce prawie 22 tysiace ludzi także wybuchnęły śmiechem. Pamiętam podobna sytuację podczas sppotkania w radiowej Trójce przed laty, kiedy jedna z takich new age'owych dziennikarek zapytała o jakaś tajemna praktykę tybetańskiej jogi. Śmiech Jego Światobliwości również wtedy zabrzmiał bardzo oczyszczajaco. Najbardziej jednak utkwiło mi dzisiaj w głowie zdanie, które mogłoby stać się panaceum na polskie problemy: nie jest ważne to, czy jest się człowiekiem religijnym, ważne jest to, aby być istota ludzka wypełniona współczuciem (co zabrzmiało compassionate human being - polskie współczucie ma nieco inne odcienie znaczeniowe, niestety). Tyle tylklo, że u nas duża część osób przestaje słuchać po pierwszej części tego zdania i nie chce zrozumieć, czego dotyczy ta druga. Może jednak zasiane ziarno z czasem przyniesie efekt? To siódma wizyta Jego Światobliwości w Budapeszcie, po raz pierwszy był tutaj - jak dzisiaj wspomniał - w 1979 roku.W Polsce pojawia się coraz więcej nauczycieli różnych szkół buddysjkich i tradycji, ale czy kiedyś nauki bezpośrednio od Dalajlamy będa możliwe u nas? Pojawi się w każdym razie za kilka dni we Wrocławiu, w Polsce pop raz czwarty, będzie to kolejny wykład publiczny i pewnie jak zwykle wszyscy chętni nie pomieszcza sie w miejscu zaplanowanym na spotkanie. Może i u nas ta prosta prawda, że jest możliwa etyka bez religii znajdzie sobie więcej uznania. Może i u nas bezppośredni przekaz dla wspólnoty buddyjskiej będzie możliwy. Oby. Wiem tylko, że kiedyś, w 1998 lub 9 roku ze wzruszeniem ogladaliśmy w jakimś malutkim kinie budapeszteńskim "Kunduna" Scorsese, zastanawiajac się kiedy i czy ten film wejdzie na ekrany w Polsce. Wszedł, podobnie, jak kilka innych, a Ale Kino! zaprezentowało w ubiegłym roku przeglad filmów buddyjskich. A dzisiaj i jutro zasiadamy w olbrzymiej hali Papp Laszlo Sport Arena z (podobno) ponad dwudziestoma tysiacami ludzi. Co sprawia, że jednak nawiazuje się całkiem intymna więź w takich warunkach? "Przyjmuję schronienie w Buddzie, Dharmie i Sandze".

2 komentarze:

  1. Trochę się dziwię, że w przekładach króluje "wpółczucie", podczas gdy "compassion" można tłumaczyć jako "współodczuwanie".

    Ja do dziś się śmieję, gdy przypomnę sobie, jak prawie dwa lata temu ktoś z publiczności na wykładzie Dalajlamy w Warszawie spytał, jaką medytację uprawiał Budda pod drzewem bodhi. Na to Dalajlama: "Nie wiem! Hahaha!!!" :)
    - ovoo

    OdpowiedzUsuń
  2. no właśnie, "współodczuwanie" to znacznie lepsze słowo, też je wolę, ale jakoś kiepsko sę przyjmuje. Nota bene, nie poyzcylam dzisiaj z biblioteki Muttavali w tłumaczeniu Kani, bo jednak zbyt mocno zobowiązane jest to tłumaczenie stylizacji biblijnej (chyba jednak nie lubię jego tłumaczeń, choć "Opowieści o Milarepie" przednie).
    Ech, to słynne "I don't know" z następującym po nim śmiechem...

    OdpowiedzUsuń