środa, 10 lutego 2010

dear reindeer


Tym razem dłuższa przerwa w zapiskach oznacza tygodniowy wypad na (dość) daleką Północ, czyli do Jokkmokk. Śmiejący się renifer obok dobrze obrazuje moje tam samopoczucie. Ciągle nie potrafię za bardzo ująć w słowa mojego szaleństwa arktycznego - nie ulega jednak wątpliwości, że jest to coś w rodzaju arctic fever, bo jak tylko widzę przed sobą otwartą przestrzeń pokrytą śniegiem, to natychmiast ruszam przed siebie bez zastanowienia. Kto by pomyślał, że taką przyjemność może sprawiać mroźne powietrze, słońce i śnieg po pas... Nawet w -26 stopniach czuję się ekstatycznie, choć uśmiech lekko zamarza na twarzy. Zdecydowanie przypomina to inne formy oszołomienia.
Jokkmokk było bajkowe, wiedzieliśmy, że jest bajkowo już na lotnisku w Lulei. Sama się zdziwiłam, jakim zaskoczeniem może być to, że śnieg jest tak bezwarunkowo, oślepiająco biały. Po krakowskiej brei (a nawet niżej w Tatrach wprawne oko może dostrzec na powierzchni dłużej leżącego śniegu lekki osad z sadzy). I kiedy jest go tak dużo, to wraca człowiekowi dziecięca radość tarzania się w białym puchu, zupełnie bez konsekwencji, bo dobrze zmrożony śnieg nie topi się i nie moczy ubrania. Kwintesencja świeżości i oddechu pełnią płuc.
Czas w Jokkmokk wykorzystałam na nagrywanie soundwalków (hmmm, zakupione w lecie w Nikkaluokta rękawice Hestra okazały się zbawienne), warsztaty joiku z Peterem Nilsem Stålka oraz dość intensywną pracę w cudownej bibliotece saamskiej Aja. Trafiłam na trop zupełnie niezwykłej opowieści o joiku Nilsa Mattiasa Anderssona, Renhorden på Oulavuolie, czyli Stado z Oulavuolie, nagranego w ramach projektu dokumentacji joik Sveriges Radios förlag prowadzonego w latach 50-tych, a wydanego po raz pierwszy w postaci książki i dwóch płyt w 1969 r. Właściwie wszystkie historie zamieszczone w tym wydawnictwe były niezwykłe (o nagraniu spontanicznego joiku Nilsa Hotti podczas podróży saniami z Karesuando do Kautokeino, co Israel Ruong, autor nagrania i joiker jednocześnie, nazwał "najbardziej autentycznym nagraniem joiku, jakie kiedykolwiek zostało zarejestrowane"). Historia Nilsa Mattiasa Anderssona jest jednak jeszcze bardziej niezwykła, bo ta pieśń o minionych latach ze stadami reniferów na górze Oulavuolie zostala przez niego wykonana... tylko raz. Na szczęście towarzyszący Anderssonowi rejestratorzy uchwycili ten niezwykły moment, kiedy ponad 80-letni pasterz reniferów powrócił za pomocą joiku do czasów, w których prowadził szczęśliwe życie nomady na stokach Oulavuolie. Słuchałam tego niesamowitego, wzruszającego (kiedy się zna jego historię) nagrania w archiwach Aja w Jokkmokk, za oknem zapadał arktyczny zmierzch i wszystko zdawało się wygasać, a w słuchawkach pojawiał się głos, który ulegał transformacji, jakby gdzieś spod spodu pojawiała się inna opowieść i inny głos, inna postać. Teraz mam kolejny mały cel w moim joikowym projekcie: zdobyć to nagranie. Mam w swojej kolekcji jedną z najwcześniejszych terenowych rejestracji joiku, wykonaną przez słynego Karla Tirénsa w latach 40-tych, ale projekt szwedzkiej rozgłośni radiowej z lat 50-tych to kolejna perełka.
Wieczory spędzaliśmy miło w towarzystwie naszych szwedzkich współlokatorów (dzieliliśmy wspólnie dom, a więc kuchnia stała się naturalnym centrum towarzyskiej aktywności): Davidem i Lilą oraz Matsem i Gun. David specjalizuje się w budowie saamskich łuków i pasjonuje go tak jak nas - wszystko, co dotyczy kultury Północy, więc mieliśmy mnóstwo wspólnych tematów, uznaliśmy nawet, że drugie miejsce Justyny Kowalczyk w kanadyjskiej Albercie (szwedzka telewizja właśnie transmitowala wydarzenie) jest OK, bo wygrała Szwedka, Christine Kalla, która - wg Davida - ma saamskie korzenie. Mats z kolei okazał się pasjonatem szwedzkiej muzyki ludowej i dzielił się z nami rzeczywiście interesującymi nagraniami ze swojego odtwrzacza MP3 (brzmiałt jak zdecydowanie bardziej interesujące wersje polskiej muzyki ludowej środkowej i północnej Polski, więc puryzm polskiego środowiska folkowego z jego lekko nacjonalistycznym - a bywa, że wręcz szowinistycznym - odcieniem, jest naprawdę zabawny). Gun okazała się duszą towarzystwa i jej opowieściom o rozmaitych drobnych wydarzeniach życia codziennego nie było końca (jest coś w tym skandynawskim upodobaniu do żywego słowa i tradycyjnych form kultury oralnej - tutaj ludzie po prostu lubią sobie opowiadać rozmaite historie siedząc przy stole i nie są to dyskusje, w ktorych trzeba kogoś do czegoś nakłonić, albo narzucić swoje racje). I tak dowiedzieliśmy się, że szwedzki szef kuchni z Muppet Show jest wzorowany na postaci autentycznej, która mieszka w okolicy Matsa i Gun, czyli w szwedzkiej Dalarnie.

Najważniejsza jednak była i tak Wielka Cisza, jaka nieodmiennie jest tutaj wpisana w krajobraz. To zdjęcie zrobiłam właściwie nad Zatooką Botnicką, w Lulei, gdzie granica między morzem, lądem i jeziorami jest nieuchwytna i nieokreślona i gdzie przestrzeń smakuje najlepiej, jak to możliwe. W Lulei spotkaliśmy jeszcze Andersa i Annelie, czyli Kapelusik! i Moonshake Festival, któremu zawdzięczamy pierwsze nasze kroki na trochę dalszej północy. Zabawne, kiedy dwa lata temu wyruszyliśmy w naszą legendarną podróż do Jokkmokk z Andersem, wydawało nam się, że jedziemy na Bardzo Daleką Północ. Dzisiaj myślę sobie, przekraczając krąg polarny (oznaczony odpowiednią tablicą 7 km na południe od miasteczka) "to zupełne Południe Północy".
Aha, tym razem też renifery nie chciały nas wypuścić - w powrotnej drodze do Lulei, kierowca autobusu znowu musiał wykazać się refleksem, żeby ominąć jakiegoś zagubionego na drodze rena. Przyszedł powiedzieć nam "see you soon".

3 komentarze:

  1. Tej zimy odczuwam coś podobnego na widok śniegu, ciszy i przestrzeni. Bo wreszcie jest prawdziwa zima! Zdawało mi się, że skoro zwykle łatwo marznę, to zima nie dla mnie. A tu proszę - ledwo się powstrzymuję, żeby codziennie nie gnać do lasu na śnieg i biegówki. A jeszcze parę takich Twoich postów i nie wytrzymam, ruszę na Północ :)
    - ovoo

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie ja na tej samej zasadzie myślałam, że Północ nie dla mnie. A teraz jestem przekonana, że to moje przeznaczenie :-) I wcale tam nie marznę, w każdym razie na pewno marznę mniej niż w szarym, wilgotnym KRK, kiedy za oknem jest +1...

    OdpowiedzUsuń
  3. Oj tak, szarość, plucha i +1 za oknem to najgorsze. Hmm, chyba muszę zacząć obmyślać podróże na ten rok... ;)
    - ovoo

    OdpowiedzUsuń