czwartek, 14 października 2010

ludzkość to my a my to idioci

Hmmm... tak mi się napisało z rozpędu trochę. Pod wpływem pewnej dyskusji, której fragment przytoczę: "W każdym razie prawdziwe pole do działania jest tam gdzie istnieje zgromadzony kapitał, tylko ten sektor może wprowadzić coś realnie w życie. No chyba, że weźmiemy pod uwagę właśnie możliwość zmian świadomościowych i sił społecznych. Dlatego pomyślałem wcześniej o odpowiednim "marketingu". Chyba zmiana sposobu myślenia będzie tak na prawdę przyczynkiem do polepszenia sytuacji. Na starym torze ludzkość daleko nie zajedzie ;) ..." Dyskusja zainicjowana poprzednim postem oczywiście. Katastrofa na Węgrzech podzieliła los innych katastrof - wiadomości o dalszym ciągu trzeba wyławiać w powodzi tego, co TERAZ i szukać cierpliwie. Chociaż... w dzisiejszych "Faktach" TVNu pojawił się materiał o pociągnięciu do odpowiedzialności kierownictwa firmy i o kontekście politycznym. Kontekst polityczny akurat w tym przypadku właściwie nie ma większego znaczenia. Lewica czy prawica - ma takie same przestępstwa ekologiczne na sumieniu. Lewica w niektórych krajach może nieco bardziej stara się zachować zieloną twarz. Jest w tym pewna logika, ale o tym innym razem, jak znajdę pewien odpowiedni fragment z Lefebvre'a stawiający w nowym świetle Marksa. W każdym razie tym, co budzi moją największą wątpliwość jest termin "ludzkość" oraz wizja zmiany sposobu myślenia. Zacznę od tego drugiego. Jednym ze znaczących symptomów działania racjonalności instrumentalnej (czyli takiego czysto technokratycznego podejścia) jest przekonanie, że ochrona przyrody to to samo, co ochrona środowiska - wynika to oczywiście z podstawowego dla kapitalizmu myślenia w kategoriach "zasobów". Nie będę tu jednak wchodzić do strumienia (!), z ktrego kiedyś już wyszłam. Posłużę się innym przykładem. Jeśli sięgnąć czasem do historii niektorych parków narodowych - rownież w Polsce - to nie powstały by one, gdyby nie humanistyczne motywacje, które przyświecały inicjatorom (a czasem wymagały, jak w przypadku Pienińskiego PN wręcz wykupienia gruntów). Tacy ludzie, jak Walery Goetel czy Władysław Szafer, byli - oprócz przyrodniczej formacji - również humanistami w takim odlskulowym znaczeniu, którego dzisiaj trochę brakuje. Pisali znakomitą polszczyzną i wiedzieli, że ochrona przyrody to kwestia kultury, a nie managementu. W pewnym sensie ma rację Bruno Latour (w różnych książkach, w tym w wydanej w Polsce przez "Krytykę Polityczną" "Polityce Natury"), że warto, aby "naura" zniknęła - jest bowiem (jako koncepcja, idea i konstrukt) wytworem zachodniej nowoczesności z wysztkimi jej obciążeniami i dziedzictwem. Ale o Latourze będzie gdzie indziej i kiedy indziej. Zmierzam tylko do tego, że tak powszechna w Polsce i byłych krajach bloku wshcodniego pogarda dla "ekologii" i "ekologów" ma więcej wspólnego z kulturą niż z mityczną "świadomoscią ekologiczną". Ludzie albo są skłonni zachowywać się odpowiedzialnie wobec siebie i innych, albo nie. W  polskim warunkach sama konceptualizacja "Innego" oznacza zagrożenie - wszystko jedno, czy to będzie inny człowiek czy inna istota. Może gorzej nawet, jeśli jest to inna istota, tzw. aktor świata nieludziego - drzewo (bo zaśmieca liśćmi działkę), sikorka (bo wydala i brudzi balkon), kot (bo przynosi pecha), pies (groźny z natury rzeczy), bocian (bo może dziobnąć), komar (bo może ugryźć), bakteria (wiadomo). Zamiast tego wywodu mógłby wystarczyć jeden obrazek, jakich mnóstwo ogląda się na wycieczkach na wieś: stanu  w jakim są zwierzęta gospodarskie. I zanim ktoś się pochyli nad moim sentymentalizmem, spieszę donieść, że widuje się zwierzęta zadbane, czyste i na oko zadowolone na wsi - tyle, że słoweńskiej, węgierskiej, słowackiej. Utkwił mi swego czasu taki obraz: podwórko jednego z domów zalanych przez powódź, trzy miesiące po ustąpieniu wody. Gospodarz (?) w jednym słowotoku wylewa z siebie lawinę pretensji do wszystkich i morze skarg na to, że nic się nie da wyremontować, bo błoto. Jednocześnie za jego plecami widać okalającego jego własne podwórko kuriozalnie przycięte drzewa (a raczej pozostałosci po nich) - jakieś czarne olsze ucięte do połowy, bezlistne i bez gałęzi. Nie mógł nic zrobić, ale pierwsze, co mu przyszło do głowy to bezsensowne przycięcie drzew (widać było świeżą robotę)?! Ta kompulsywna nienawiść do drzew jest na wsi zastanawiająca. W tym przypadu bohater materiału uzyskał paskudne, ubłocone podwórko z jakimś złomem maszyn rolniczych, starymi oponami i śmietniskiem. To nie brak świadomości ekologicznej, to w ogóle brak odpowiedzialnosci, ignorancja i kilka jeszcze splątanych patologii. A ludzkość jest kategorią równie mityczną, jak natura. To nie ludzkość niszczy przyrodę. To ja, moi sąsiedzi i posłowie, których wybraliśmy. I nasza wspólnota, która nie może zdobyć się na segregację śmieci, choć "dzwony" w naszej okolicy wypełniają się co trzy dni (czyli jest więcej takich maniaków, jak my, którzy wbrew uśmieszkom w mediach jednak zdobywają się na wysiłek odłożenia puszki tu, a butelki tam). I... pewnie jeszcze wrócę do tematu, bo się rozkręcam :-)))

4 komentarze:

  1. W takim razie ja pozwolę sobie z zainteresowaniem poczekać na dalszy ciąg.
    pozdrawiam
    m.

    OdpowiedzUsuń
  2. 1. Rozkręcaj się :))

    2. Ale to nie jest nienawiść do drzew, tylko bezmyślność i ciemnota... Na przykład wiosną moja mama zrobiła znajomym na wsi (akurat była z wizytą) awanturę, że biorą się do przycinania iglaków wzdłuż ogrodzenia (nie wiadomo po co, bo wyglądały dobrze, mama akurat zna się na tym), a tam przecież w gałęziach gniazda z pisklętami, widać i słychać! Przemawiała o ekologii, pożytecznych ptakach, kwilących pisklakach, żywych stworzeniach, uczuciach, chrześcijaństwie, 10 przykazaniach, no z każdej strony próbowała. Gospodarze patrzyli na nią jak na nawiedzoną. Odłożyli piłę, owszem. Poczekali, aż pójdzie na spacer do lasu. A jak wróciła, wszystko było poucinane. Bo "trzeba przyciąć na wiosnę" i koniec. To nie była nienawiść do drzew czy piskląt, tylko czysta bezmyślność. :(

    3. Humanistyczne pobudki? Te czasy już minęły! Dziś ważne tylko, czy coś się sprzeda i czy wzrosną różne cyferki w statystykach, żeby potem można było trąbić na cały kraj, jak to jest wspaniale, bo mamy wzrost gospodarczy. Nieważne, że coraz większej liczbie ludzi żyje się coraz gorzej. Ważne, że coś tam w tabelkach wzrosło z 1% do 1,2%.
    - ovoo

    OdpowiedzUsuń
  3. Tych humanistów troszkę jeszcze na szczęście jest. Przynajmniej czasem dostrzegam takich w wywiadach. Więc... trafiają się ludzie będący urzędnikami wyższego szczebla w międzynarodowej organizacji, którzy mają szersze spojrzenie na problemy tyczące się rozwoju, globalności. A do tego - bywa, że to finansiści, potrafiący znakomicie korzystać ze statystycznych danych.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Paweł: tak, racja, sama spotykam / spotykalam mnóstwo humanistów właśnie wśród finansistów i menadżerów międzynarodowych organizacji. Najbardziej kształcące było chyba spotkanie z ONZetowską ekipą z programu ochrony waleni Morza Północnego i Bałtyckiego. Kieduś czytalam wywiad z urzędnikiem szwedzkiego ministerstwa, o polityce energetycznej - ech, żeby u nas tacy ludzie się trafiali... Więc ten mój rant nie dotyczy techniki, finansistów i techników (czyli ludzi), a technokracji (czyli pewnego sposobu myślenia i postępowania)

    OdpowiedzUsuń