niedziela, 5 sierpnia 2007

ohohohoho!

jaka piękna przerwa. od kwietnia. mamy sierpień. cóż, to się nazywa po prostu życie hipertekstowe. albo immanentny agent cybernetyczny czy jakoś podobnie, monika wie lepiej.
w każdym razie wróciliśmy dopiero co z Sajety, jak co roku od trzech lat o tej porze. Szczątki tej obecności są rozrzucone tu i ówdzie w sieci oraz w niniejszym blogu mniej więcej rok temu. Ten sam pociąg do Budapesztu i dalej, do Ljubljany. Kilka zmian: w Abecedarium nie ma już mojej ulubionej sałatki z kozim serem. Ale za to znaleźliśmy inną przyjemną knajpkę, o uroczej nazwie Julija przy Starym Trgu 9 (tylko proszę mi nie zajmować stolika przy oknie!), mają tam świetne słoweńskie wino i niezłą włoską kuchnię. Bardzo trudno wieczorem o miejsce. A Maczą Stezą (czyli chyba Kocią Ścieżką?) dotarliśmy wreszcie na zamek. I absolutny hit: w drodze powrotnej spotkaliśmy tego samego Słoweńca, z którym w ubiegłym roku gawędziliśmy jadąc z Budapesztu do Ljubljany! Poznał nas i przywitał, jak starych znajomych, a nam się zrobiło głupio, że filmy Jarmuscha wydawały się fikcją...
festiwal w tym roku w niezbyt dobrych nastrojach, z różnych powodów; między innymi dlatego, że w Soczy utopił się młody chłopak oraz dlatego, że irytował nas horrendalny egocentryzm, brak uważności, brak chęci do pracy, totalna gnuśność i głuchota sporej części ekipy Embryo. Za dużo przypalają i zbyt są przejęci swoją legendą. Jedno z najgorszych doświadczeń roku. Zaraz po koncercie Pod Jaszczurami, który się nie odbył (bo znany z psucia imprez akustyk o wdzięczne ksywie 'Murzyn' był kompletnie pijany, bardziej niż zazwyczaj).
Gdyby nie takie zdarzenia, jak koncert na Erze Nowe Horyzonty w lipcu (kapitalna, słuchająca publiczność), to nie warto byłoby się w to już bawić.
I jednego dnia zmarł Bergman, a kolejnego Antonioni. Trudno nie westchnąć przed ekranem. Zwłaszcza, że na forum Onetu, ktoś zapytał: "kto to takie, ten Bergman, że piszą o nim w pierwszym njusie dnia?" a ktoś następny dodał: "a właściwie to on był Ingmar czy Ingrid?". Taki to kraj.
W tamtym roku czytałam Magrisa (? chyba tak!), a teraz Kłopoty z kulturą Clifforda. Zaczęłam Rorty'ego siedząc przy lampce wina tuż przy moście Erzsebet w Budapeszcie, w całym przyjemnym chaosie Europy Środka kłębiącym się dookoła.
A na wakacje wracamy do Słowenii. To już zdecydowane. Ruszymy na słoweński odcinek Via Alpiny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz