środa, 4 lutego 2009

ech

Kilka ładnych dni upłynęło na bieganinie, kolokwiach, poprawach tychże, poprawach popraw itp. Wreszcie ludność zaliczyła, co miała zaliczyć (w większości) i mam małą chwilkę upragnionego świętego spokoju (czyt. gorączkowego nadrabiania zaleglości w innych dziedzinach życia). Co od razu przekłada się na rozkoszne bujanie się po własnym mieszkaniu, podziwianie storczyków (jeden ma już pięć kwiatów!), słuchanie muzyki i marzenia o nartach. Właśnie zastanawiałam się nad tym, czy moje obserwacje ze stoków nie są jednak stronnicze i uprzedzone ;-), kiedy w ciągu jednego-dwóch dni pojawił się cały wysyp tragicznych zdarzeń: włącznie z przypadkiem skiaplinisty, który zginął pod lawiną w Rohacskiej Dolinie. I pomyśleć, że w niedzielę podziwialiśmy zamglone szczyty wokoł Rohacskich Ples, marznąc na krzesełkach wlokących się pod górę na niezłīm chyba mrozie. I znowu, kiedy stanęłam przypadkowo obok jakiegoś kolesia poprawiającego buty, poczułam charakterystyczną woń - bynajmniej nie było to zaledwie "varene vinko" ani też herbata z rumem. Jakoś trudno mi obudzić współczucie, kiedy tacy goście rozbijają się potem na drzewach albo próbują pokonać ratrak po zamknięciu stoku. Zwłaszcza, że ta seria wypadków spowodowała znowu taką samą reakcję Czynników: konieczność noszenia kasku czyha za rogiem. Nienawidzę kasków. Nic w nim słyszę. A jak nie słyszę, to mam wrażenie, że gorzej widzę. Nie mam zamiaru trenować do biegów zjazdowych na stokach, gdzie kłębi się tłum ludzi, nie uprawiam sportów ekstremalnych, nie chcę jeździć w kasku ani na rowerze, ani na nartach. Robię się libertarianką, jak słyszę takie pomysły. Niech Czynniki odpuszczą sobie może tę troskę o mnie, potrafię się troszczyć sama o siebie, nie wychodzi mi to wcale najgorzej. I oczywiście znowu gadka o konieczności poszerzenia tras narciarskich - wcale nie zależy mi na szerszych trasach, jeśli mają przy okazji ciąć kosówkę, jak to np. miało miejsce przy okazji nowej trasy w Łomnicy Tatrzańskiej. Jeśli jest coś co psuje frajdę z nart, to świadomość, jak uciążliwa dla przyrody jest ta przyemnosć w swojej industrialnej formie (którą, co tu kryć, też jednak lubię, w sensie fajnych stoków, na których można lecieć w dół jak na skrzydłach). Jazda na nartach jest prawie tak przyjemna, jak seks (a jak będzie w kasku????). A tu odwilż idzie znowu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz