niedziela, 6 grudnia 2009

R.I.P. Jack Rose

No pora wreszcie ocknąć się z niechęci wobec... mniejsza z tym. Life's hard.
Tym bardziej, że w zabieganiu, totalnym stresie, nawale pracy, gonitwie myśli uporczywie krążących wokół potrzeby zyskania miejsca na pustkę, ciszę, świeżość i śnieg (ewentualnie także muzykę, która nie przychodzi łatwo między starannie wyliczonymi w minutach odcinkami czasu) zdarza się zazwyczaj uderzenie znienacka. Lub dwa. Po pierwsze: black out, zanik pamięci/świadomości, w środku zajęć. Po drugie: zmarł Jack Rose. Miał 38 lat, mój rówieśnik. Spotkaliśmy się jakieś 8 lat temu, jego akustyczny set otwierał nasz wspólny koncert z Bardo Pond w Filadelfii, w marcu 2001 roku. Słuchając jego solowego występu zrozumieliśmy kilka ważnych rzeczy, m.in. to, jak cenna jest różnorodność, jakie piękno kryje się w amerykańskiej gitarze akustycznej traktowanej z wirtuozerią i uczuciem, po co w ogóle warto to robić. Zawsze będę podziwiać kilku muzyków z tamtego kręgu (i kilku znajomych z bliższych miejsc), którzy - niezależnie od koniunktur i powiewów - tak konsekwentnie podążają swoją scieżką. Zastanawiam się najczęściej, skąd biorą na to siłę, zwłaszcza, kiedy źródło mojej energii nie jest w najlepszym stanie i coraz gorzej znoszę konfrontację, która jest jednak istotą działań scenicznych. Dlatego zachowam obraz Jacka pochylonego nad swoją gitarą tak, jakby nie istniało nic innego na świecie i ciszę, która wtedy zapanowała nad - normalnie hałaśliwym - klubem Khyber w Filadelfii.
Om Namo Buddhaya.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz