wtorek, 14 października 2008

Kanada pachnąca...


...rzeczywiście żywicą. Przynajmniej w Parku Narodowym Mont-Orford, gdzie udało mi się spędzić uroczy dzień. Zdjęcia z tego dnia w lasach Kanady jak zwykle tutaj. Podróż transoceaniczna zawsze jest jak rodzaj snu, tym razem zastanawiałam się nad tym, że łyk amerykańskiej przestrzeni jest mi niezbędny, trochę jak zaczerpnięcie śweżego powietrza po długim dniu spędzonym w klimatyzowanym pomieszczeniu. Już pierwszego dnia, wieczorem po rodzinnej kolacji i po całym tym zawieszeniu między strefami czasowymi, kiedy Denis pokazywał widok na miasto ze wzgórza Mont-Royal przypomniałam sobie, że tęsknię za TYM niebem. Jest zupełnie inne niż gdziekolwiek w Europie (może daleko na północy wyczuwa się obecność bezkresu, może w Rosji) i zapowiada Niespodziewane. A później to Niespodziewane się zdarza i jest inne za każdym razem, kiedy odwiedzam ten kontynent. W Ameryce tkwię w nieswoim czasie, albo raczej w czasie podwojonym (co najmniej), bo co innego podpowiada mi organizm, a co innego zegarek. Ciekawe, że tak trudno przyzwyczaić ciało do tej różnicy, wydaje się być niemal niemożliwa do oswojenia przez co najmniej 2 tygodnie. A teraz jestem już po Tej stronie i jak zwykle w takich momentach brakuje mi Tamtej strony. Coś nieodwołalnie zostaje bowiem Tam, już się przeciw temu nie buntuję, bo może dlatego tak chce się wracać. Jadąc wczoraj z Warszawy zorientowałam się, że jesień kanadyjska ma jednak zupełnie niezwykłe kolory, za którymi teraz tęsknię. Niby tutaj bardzo pdobnie, a jednak nie tak samo: kolory jakby trochę wypłowiałe i wyblakłe, może datego, że nie udziela im się ten bezkres.
Z Warszawą to też niezła historia (bo nigdy w życie nie wybrałabym Okęcia jako miejsca docelowego po tym, jak raz zgubiono mi bagaże, których dowiezienie to była cała historia a raz lądowanie przebiegało w taki sposób, że wolałabym o tym nie pamiętać): samolot powrotny z Monachium (przesiadka w drodze z Montrealu) napierw krążył nad Krakowem dokładnie 1 godzinę i 20 minut (jakieś 30 okrążeń, podczas których podziwianie Tatr wyłaniających się z mgły stało się prawdziwym koszmarem), a w końcu - z pwodu mgły - zmuszony został do lądowania w W-wie. Tutaj z kolei trafiliśmy na ewakuację terminalu, bo ktoś zapomniał o swojej walizce pozostawionej w Relayu... Tak czy owak, czekałam nieprzytomna ze zmęczenia na autobus, który miał (lub nie miał, w zależności od tego, z którą z uroczych, ale kompletnie niezorganizowanych pań z polskiego biura Luftanhsy się rozmawiało) dowieźć nas do Krakowa. W końcu jednak, po blisko 6 godzinach podróży (z czego 90 minut przypadało na przejazd trasą 29 ulica - Opolska - Balice) "wylądowałam" wreszcie w Balicach. Przelot z Montrealu do Monachium trwał 8 godzin... To zaczyna być jakaś reguła w moim życiu, że powrót do Polski za każdym razem oznacza jakąś piętrzącą się górę kłopotów (od łapania w ostatniej chwili smaolotu w Nottingham w maju przez 4-godzinne spóźnienie pociągu z Wiednia jadącego przez Czechy akurat w dniu kiedy wykoleił się pociąg Kraków-Praga po wczorajszy koszmar). Ciekawe dlaczego?
More to come (jak zwykle).

2 komentarze:

  1. ja tak z zawodowego, wpojonego przez korporacje poczucia obowiazku przeprosze za wszystkie niedogodnosci zwiazane z pechowym lotem LH:) jak i niezorganizowaniem zalogi naziemnej; to wyjatek potwierdzajacy, ze there is no better way to fly...
    :)
    pozdrowienia
    Magda Zet

    OdpowiedzUsuń
  2. ale tak naprawdę "there is no better way to fly" :-) i LH to moje absolutnie ulubione linie, zwłaszcza, że lecąc do Montrealu miałam nawet posiłek wegański (choć wcale o to nie prosiłam:-) a już pokładowy "entertainment" jest naprawdę extra (i wino dobre;-)

    OdpowiedzUsuń