poniedziałek, 20 października 2008

marząc o Starbucksie przy St. Catherine

Żeby wszystko było jasne: nie cierpię Starbucksa. W każdym razie, kiedy jestem Tam - za nachalność i wszędobylskość. Od czasu, kiedy zobaczyłam na jednym skrzyżowaniu w Chicago 6 szyldów ze znajomym zielonym logo. To było przerażające, skrzyżowanie to były raptem cztery ulice w cztery świata strony, a Starbucksów było więcej niż stron świata! Kiedy jednak zobaczyłam szyld przy St. Catherine (ciągle flashback), na wysokości Muzeum Sztuki Współczesnej, skąd pochodzi moja nowa torba z recyklowanego billboardu (uzależnienie od kupowania toreb jest u mnie porównywane tylko z uzależneniem od kupowania butów), jakoś zatęskniłam za znajomymi klimatami i przysiadlam na chwilę z jakże znaną (taką samą wszędzie!) kawą. Chciałabym czasem umieć zatrzymywać takie chwile, kiedy pozornie nic się nie dzieje, w każdym razie nic spektakularnego, ale jest się trochę kimś innymi, trochę tą samą osobą, ale przefiltrowaną przez wiele kilometrów miejskiej flanerii. Najfajniejsze jest radykalne uwolnienie od myślenia o celu wędrowki, konieczności sensu, czasu, słów. O ile oczywiście można sobie pozwolić na flanerię absolutnie samotniczą, totalne zanurzenie w żywiole, bez konieczności wymiany uwag, podtrzymywania konwersacji czy odpowiadania na pytania. Ciekawe jest, że koniecznym parametrem tego doświadczenia jest Wielkie Miasto. Kraków - od biedy - też może pełnić taką funkcję, ale tutaj na każdym kroku kogoś znajomego się spotyka i to już nie to samo.
Oczywiście to wszystko dawno już zniknęło, uparcie wskrzeszam czas sprzed tygodnia, choć wiem, że to na nic, zwłaszcza, kiedy w zatloczonej do granic 194ce przypominam sobie jak to jest jeździć do miasta i wracać do domu w godzinach szczytu. Ciekawe, czy kiedyś będzie można wystąpić o odszkodowanie z tytułu życia w nazwyczajnie ciekawych czasach transformacji i Nieustającego Korka Wszystkich Wszędzie. Nie sądzę. Może lepiej wróce do lektury po francusku i ćwiczenia rygorystycznej struktury artykułu naukowego po angielsku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz