niedziela, 24 sierpnia 2008

pre-jesienne remanenty

Grzebiąc w rozlicznych naszych archiwach natrafiłam na CD-Ry ze zdjęciami i prezentacjami. Niektóre z nich są jak wspomnienie z odległego snu, a może wręcz z innego życia... Tak, jak to zdjęcie powyżej. 1998, stary klasztor (przypuszczalnie Nyinmga) nad wioską Dumbe w dolinie Kali Gandaki, gdzieś za naszymi plecami w górę rzeki znajduje się Jomsom... Kim teraz są nasi ówcześni towarzysze drogi? Po wieloletniej wojnie domowej, po tym, jak zbudowano drogę do Jomsom, po tym, jak zmieniło się wszystko dookoła. A kim ja jestem? Może zmieniło się wszystko, a może to tylko jakaś kolejna konstelacja, jedna z wielu, w jakich się bierze udział?
Najlepiej myśli się o tym leżąc na trawie i patrząc w chmury. Może też być to znajoma skałka pod opactwem tynieckim, nad samą Wisłą. Dzisiaj spotkaliśmy tam ostatnie dni lata i dobrze znanego łysego palanta (proszę, jak Ladnie się zarapowało), który ujeżdża swój skuter wodny właśnie tutaj, w zakolu Wisły, gdzie przypuszczalnie nie wolno uruchamiać motorowych jednostek pływających. Ta kompulsywna potrzeba smrodzenia spalinami i hałasowania bywa dość zastanawiająca.
W Krakowie odbył się Wielki Festiwal. Chęć obejrzenia / posłuchania Prodigy przegrała z niechęcią do imprez masowych (i pewną koniecznością natury zawodowo-artystycznej, w sobotę graliśmy w NS na Karpaty Offer). Poza tym reszta obsady do bani i sponsor do bani. I za daleko. Muzeum Lotnictwa.
Zrzędzę. Nadchodzi jesień, dużymi krokami nadchodzi praca, którą bardzo lubię, ale... fajnie jest liczyć czas w dniach, a nie godzinach i minutach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz