poniedziałek, 11 sierpnia 2008

w Niszu

Oto, co przywitało nas podczas porannego spaceru słonecznymi ulicami miasta Nisz w Serbii. Miasta, przez które tylko przejeżdżaliśmy do tej pory, wzdychając, że fajnie byłoby tu się kiedyś zatrzymać (głównie z powodu bardzo obiecujących skał w przełomie Niszawki, po drodze do Dimitrowgradu i Sofii). No i wreszcie się udało. Po drodze z Tolmina na Słowenii (z noclegiem na kempingu nad Krką), przez całą Chorwację i prawie całą Serbię, w egipskich już ciemnościach szukaliśmy hostelu Marvel w Niszu, wyobrażając sobie dość obskurne lokum ze śladami niegdysiejszej świetności z czasów jugosłowiańskich. I jaka niespodzianka: hostel okazał sie być bardzo miłym domem rodzinnym na jednym ze wzgórz okalających centrum miasta. Duży pokój dzienny, malutkie, ale czyste sypialnie (zaledwie kilka pokoi), 2 łazienki, do dyspozycji kuchnia i komputer. Tylko z podłączeniem do netu było dziwnie. Za żadne skarby nie dało się uruchomić na zaoferowanym gościom komputerze stacjonarnym, dopiero A. podłączył swój laptop i zadziałało. Miło było stukać w klawisze czarnego HPeka, dokładnie takiego samego, jak mój. Odrobina domu. Później dopiero napadła mnie refleksja, że może trzeba było najpierw połaązyć się na tym kompie za pomocą starożytnego modemu na przykład, płacąc za każdą minutę połączenia. Ech, życie - zapominałam już, co to połączenie modemowe i jak to działa. Nie rozwiązaliśmy jednak tej zagadki. POdobnie jak zagadki Pekary Simpson, bo była zamknięta. cdn.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz