wtorek, 18 listopada 2008

filmowo

Po części za sprawą festiwlau Etiuda&Anima, na który udawało mi się zaglądać w piątek i sobotę. Znakomity film Hany Makhmalbaf, "Budda collapsed out of shame" - nie dawała mi spokoju myśl o kontraście między końcową "listą płac" kończącą ten film a analogicznymi długaśnymi spisami rozmaitych dobroczyńców zamieszczonych przy najkrótszym nawet "dziełku" stąd. Jak się robi filmy w Afganistanie? Co ten kontrast mówi o sztuce fimowej w dzisiejszym świecie? (Choćby była najwyższego lotu, to jednak uwikłana jest w reguły rynkowe, co ppokazuje kontrast, o którym piszę). Jak się robi filmy w Afganistanie? Sama Hana opowiada o tym oszczędnie, ale nie pozostawiając wątpliwości: to więcej, niż po prostu "robienie filmów", to życie. Sam obraz pozostawia z wieloma pytaniami i z nielicznymi odpwiedziami, sprawia, że żyje się tym jeszcze długo po wyjsciu z kina i za to lubię filmy Makhmalbafów (są także piękne wizualnie i dźwiękowo, jak "Gebbeh", "DZień, w którym stała się kobietą" czy "Cisza"). Ten ma wyjątkowy ładunek emocjonalny - i nie chodzi tu tylko o dzieci bawiące się w wojnę(nie wiemy jednak na pewno, czy to tylko zabawa, bo przez cały czas ma się wrażenie, że za moment zostanie przekroczona cienka granica między grą a prawdziwą egzekucją) czy wysadzane w powierze gigantyczne figury Buddy (widziałam to po raz pierwszy w marcu 2001 roku na ekranie telewizora gdzieś w San Francisco, co jest jednym z tych obrazów telewizyjnych, które utkwiły mi w głowie chyba na zawsze) - ważny jest także fakt, że jesteśmy jak najdalej od jednoznacznych ocen i łatwego dydaktyzmu. Kultura naznaczona przemocą, bez wątpienia okrutna, ale także przesycona pewną czystością intencji, surowością, ale i prawdziwością w relacjach między ludźmi, szczególną szlachetnoscią zwyczajnych kontaktów. Byłoby chyba niedobrze, gdyby ten świat został zupełnie zniszczony przez uproszczoną i postkolonialną wersję "demokratyzacji". Mała Baktai nie jest także obsadzona wylącznie w roli ofiary - jest dziewczynką upartą, żądną przygody i zabawy, dążącą do realizacji swoich celów.
Rodzina Makhmalbafów sprawiała bardzo skromne wrażenie na scenie kina Kijów, ładnie i elegancko wypowiedział się Mohsen Makhmalbaf odbierając nagrodę Złotego Dinzoaura (czy to na pewno dobra nazwa?), kierownik artystyczny festiwalu nie powstrzymał się, niestety, w swojej przemowie otwierającej całe zdarzenie od przykopania kolegom organizującym inne festiwale. A szkoda, nie wydaje mi się, żeby to była stosowna ku temu okazja, zwłaszcza, że wszyscy w Krakowie i tak wiedzą (a jak nie wiedzą, to łatwo się mogą dowiedzieć), kto kogo nie lubi i za co. Część konkursowa (przynajmniej w piątek) to całkowita porażka polskiego kina, jak zwykle. Tani sentymentalizm, niby-parodie, które ani nie śmieszą, ani w ogóle NIC, jakaś przedziwna nostalgia za socrealem, którego zresztą twórcy chyba wcale nie mieli pecha doświadczyć (może właśnie dlatego). Niemal w każdej przerost ideolo (takiej czy innej) nad koncepcją, to chyba jakaś choroba narodowa zresztą. Na tym tle krotki filmik z pracowni Bławuta oraz pewna zabawna wariacja na temat "Popiołu i diamentu" wypadły w miarę nieźle.
Na szczęście w sobotę obejrzeliśmy baskijskie krótkometrażówki i to był bez wątpienia strzał w dziesiątkę. Dlaczego polscy młodzi (?) twórcy boją się po prostu robić filmy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz