czwartek, 27 listopada 2008

smoothies

Nic nie dorównuje oczywiście smoothies produkowanym samodzielnie (można testować najbardziej egzotyczne zestawienia, np. melon z ogórkiem w lecie, blender zniesie (prawie) wszystko). Kiedy jednak jest się skazanym na sklep (np. w podróży) to nic dorównuje amerykańskiej Odwalla. Jeśli jednak nie ma się chwilowo wizy w paszporcie (a czekanie, aż amerykanska administracja zrozumie, że USA nie jest już rajem dla gasterbeiterów z Polski nieco się dłuży), to można się zadowolić Innocence z niezawodnych Wysp Brytyjskich. Żal tylko, że w polskich sklepach pod nazwą smoothie funkcjonuje jakieś potworne oszustwo - ten sam koncentrat "mango" co zwykle, tylko mniej rozcieńczony. Fatalnie, że przoduje w tym Marwit, który wcześniej dał się poznać z kapitalnych jednodniowych soków marchewkowych. Aha, i prawdziwe smoothie nie ma nic wspólnego z koktajlem! Procent przetworow mlecznych jest w prawdziwym smoothie ledwo zauważalny, tylko tyle, żeby było to właśnie... smoothie.
Wszystko dlatego, że nie mam pod ręką żadnego smoothie a blendować też nie ma co (zeschłe jabłko? nein...). Czas przerzucić się na sok marchewkowy.

2 komentarze:

  1. absolutnie fantastyczne szalenstwo owocowe panuje w Wenezueli, gdzie w miejscach oznaczonych znamienna nazwa Fruteria (chyba) zakupic mozna wymyslne owocowe napoje; niektore ozdobione lodami inne czarnymi jak wegiel ciasteczkami Oreo - mniam!
    owocowe napoje sprzedaja tez panowie na ulicach - robia je w mikserach ktore pamietam z wczesnego dziecinstwa co to je "dziadzius z babcia z Bulgarii przywiezli" jakas straszna ilosc czasu wstecz; tak wiec w mikserach owych powstaje gesta mieszanka karamboli czy kokosu zmieszanego z lodowym mialem i cukrem trzcinowym - jeden kubeczek nazwiera na pewno wiecej niz dwie kalorie ale wystarcza za dzisiejsza kolacje i jutrzejsze sniadanie:)
    pozdrawiam
    Magda Zet

    OdpowiedzUsuń
  2. Ech, karambola... kokos....przypomniałam sobie o tym dzisiaj w Tesco. Jabłka jeszcze przyzwoite, ale kompletnie pozbawione smaku, banany zielone, cala reszta nigdy nie widziała zapewne słońca. Na szczęście były fajne wielkie żólte grejpfruty, które uśmiechały się do mnie, a na ulicy widziałam prawdziwego Mikołaja :-)

    OdpowiedzUsuń