sobota, 1 listopada 2008

Sopatowiec



Sopatowiec to dość niezwykłe miejsce. Najbardziej zaskakuje mnie to, że spotykają się tam bardzo różni ludzie, a jednak koegzystuje się w niewymuszenie swobodny sposób, bez jakiegoś szczególnego obowiązku bycia przesadnie miłym - co bardzo mi odpowiada, szczególnie rano, kiedy jestem zupełnie pogrążona w swoim świecie i bardzo nietowarzyska, a nawet niekontaktowa. Zawsze kiedy zasiadamy do wspólnego stołu na werandzie nachodzi nas historia miejsca - od czasów zupełnie zamierzchłych, których najstarsi bywalcy nie pamiętają :-). Dokładnie pamiętam dzień, w którym trafiliśmy tam z Markiem, w poszukiwaniu domu do kupienia dla naszej koleżanki, pamiętam rozmowę z właścicielką, starszą panią, która mówiła miejscową gwarą (bardzo specyficzną, kiedy przyspieszała wymowę, mieliśmy kłopoty ze zrozumieniem), ładnych ...naście lat temu. Od tamtej pory zmieniliśmy kilka mieszkań i opuściliśmy dom, który miał być "na zawsze", odwiedziliśmy kilka niewiarygodnych miejsc na ziemi, przemierzaliśmy rozmaite konstelacje i układy słoneczne, a planeta Sopatowiec była tam, gdzie jest dzisiaj.
Kiedy więc jakiś czas temu zaczął kiełkować pomysł sesji nagraniowej i jednocześnie 10-lecia Karpat Magicznych, Sopatowiec wydawał się najbardziej oczywistym miejscem na ziemi - stodoła, w której Sirsasana okazała się wcale nie być taka trudna, jawiła się jako dobre miejsce do pracy. I tak było. Prawie 48 godzin muzykowania (z kilkugodzinną przerwą chyba na sen, nie jestem pewna) przyniosło sporej dobrej muzyki. Jestem szalenie wdzięczna, że mogę sobie taką przyjemność zafundować - muzykowanie z przyjaciółmi poza wszelką logiką rynkową, konieczością udawania, że przystaje się na śmierdzącą norę zwaną klubem, na rozszczepienie między tym, co się widzi i wie a tym, co trzeba pokazywać na zewnątrz. Najcenniejszy prezent jaki mogliśmy otrzymać po tych 10 latach uporczywego drążenia w topornej materii i walki z całym światem o odrobinę własnej przestrzeni na oddech (pompatyczne, ale co mi tam!): to miejsce, ten czas, poczucie, że liczy się tylko muzyka, moment, w którym wszystko BRZMI, wszystko się udaje i że płynie się razem z tym wszystkim. Cała reszta dogoni nas jutro, ale to będzie już gdzie indziej. Taka absolutnie doskonała przerwa na życie teraz. Co widać na zdjęciach. I jeszcze: Eric przyjechał z Wiednia, a my znowu nie mogliśmy oprzeć się wspomnieniu - kiedyś, w marcu 2001 siedzieliśmy przy śniadaniu w Austin, w Texasie, po całonocnej prawie sesji, Vanessa serwowała teksańskie śniadanie złożone z trzech dań, Charalambides dopiero za kilka lat mieli zostać gwiazdą weird folk ewentualnie new wild America, nikt z nas nie przeczuwał, że to koniec pewnej epoki. Teraz, 7 lat później, wszystko ułożyło się tak a nie inaczej i mam wrażenie, że lepiej nie mogło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz