niedziela, 14 września 2008

Dolinki

Proszę, a tak ładnie szło przed miesiącem - udawało mi się coś codziennie zapisywać. No cóż, jak powiedział Tony Soprano do jednego ze swoich współpracowników, który chwilę potem zszedł na serce w chwili niedyspozycji żołądkowej: "bądź wytrwały!".
To, co po drodze, nie liczy się, gdybym chciała wracać do licznych luk, to nigdy nie doszłabym do siebie dzisiaj. Festiwal (T)Urban w Preszowie zostanie więc pochłonięty przez historię raczej milcząco. Poza tym, że ostatecznie b. fajnie nam się grało Andrzejem Widotą (takie bardziej noise'owe wcielenie), ale cholernie nie lubię kwitnąć pod sceną o 1.00, czekając na organizatorów, którzy mają nas doholować do hotelu. Słowacja to jednak Słowacja, kraj absolutnie piękny, gdzie swobodnie znikam w przestrzeni i wszystko nastraja mnie nostalgicznie, łagodnie i dobrze.
Dzisiaj zaś i wczoraj celebrowaliśmy jesień. Wczoraj za pomocą rozgrzewającej zupy, dzisiaj na wycieczce do Doliny Będkowskiej, która okazała się taka sobie. Zarośnięta jakimiś pokrzywami i burzanami, skałki fajne, ale ogólne wrażenie ruderalne. Przy Sąspowskiej sprawia wrażenie opuszczonej wsi. I jakieś zawody rowerowe w połowie Doliny, krzyki przez megafon ze sceny i wszystko to, od czego po całym tygodniu w mieście chce się uciec. Szare chmury nisko nad horyzontem (cool!) i migrenowy ból głowy (niecool!). Tak czy owak, jakoś trudno mi było nastawić się bardziej entuzjastycznie, poza tym, że odrobina koniecznego zmęczenia mięśni. Tęsknię za Tatrami.
Jutro ma się zacząć Wielki Deszcz Jesienny. Zobaczymy.
We wtorek wieczorem Theatre of Voices Pala Hilliarda ze Stockhausenem w Fabryce Schindera. Cieszę się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz