niedziela, 3 maja 2009

Cieszyn, cz. 2

Tak różowo jednak nie było, poprzedni post pisałam jeszcze przed próbą zjedzenia obiadu po polskiej stronie Olzy. Bo w poprzednie dni, wiedzeni doswiadczeniem i instynktem (oraz upodobaniem do hermelina) stołowaliśmy się po czeskiej stronie. I na tym trzeba było poprzestać, ćieszyn utkwiłby mi w głowie jako urocze (prowincjonalne, ale urocze miasteczko). A tak... Najpierw jedna pizzeria. PO złożeniu zamówienia (kiedy wreszcie przyszła pani kelnerka) dowiadujemy się, że na pizzę trzeba czekać... godzinę, bo... mają dużo zamówień telefonicznych. Na wszystko inne "z kuchni" ... jeszcze dłużej. Nie mamy tyle czasu, chcemy zdążyć na film Juraja Jakubisko, o którym czytałam recenzje z mieszanymi uczuciami (recenzentów). Wędrujemy więc dalej. Kolejna pizzeria. Samoobsługa, sala w piwnicy. Błeee, na zewnątrz świeci słońce i nie chcemy siedzieć w norze, i wcale nie pachnie pizzą z pieca. Natępna. Pani klenerka zjawia się po bardzo dłuższej chwili, po złożeniu zamówienia lojalnie uprzedza, że na pizzę trzeba czekać... godzinę, itp. itd. Zadowalamy się czymkolwiek (i nie chcę nawet pamiętać, co to było) i lecimy do Centrala, mijając po drodze smakowite hermeliny w jakiejś hospodzie przy Hlavni. Diabli nadali. Zamiast się trzymać własnego instynktu, wieloletniego doświadczenia podrożniczego i zaufania do kultury "starszych kelnerów" zachciało nam się eksperymentów.
I jescze droga powrotna: brak kłopotów z biletami w sobotę o godz. 9.00 także był zwodniczy. Reszta ludzkości wracającej do Krakowa nie była bowiem tak zapobiegliwa. Odjechaliśmy 12 minut po planowym odjeździe, kierowca wydawał się mieć nieograniczoną wiarę w rozciągliwość autobusu marki Solbus. Dojechaliśmy. W Krakowie przywitał nas nowy księżyc (dodatkowy, fajny, latający) i feeria świateł w wesołym miasteczku pod Forum oraz... 30 minut czekania na 114 albo 194. Wybraliśmy spacer od pętli 124. Dom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz