piątek, 8 maja 2009

rant and rave (uwaga, polityka!)

Mrożek musiał to jednak był przewidzieć, dlatego rozsądnie wyjechał do Paryża (a tak naprawdę, jak się okazało za sprawą komentującego czytelnika, do Nicei - dzięki!). Awantury sięgają już absolutnego szczytu absurdu. Dzisiejszym hitem nr 1 jest cytat z Olechowskiego: Co ma Kraków wspólnego z odzyskaniem niepodległości? Równie dobrze obchody można przenieść na Słowację, żeby było bezpieczniej. Mówimy, że zaczęło się w Polsce. Zaczęło się w Gdańsku. Kolebką "Solidarności" jest Gdańsk, nie Kraków - mówił Andrzej Olechowski o przeniesieniu obchodów rocznicy wyborów czerwcowych z Krakowa do Gdańska. To w Onecie, którego konsekwentnie nie linkuję za ogólną głupotę. Rzeczywiście Kraków z 4 czerwca nie ma nic wspólnego. Ani my wszyscy. Ważni są tylko stoczniowcy (i ich brudne gry), Gwiazdy intelektu i myślenia wspólnotowego. teraz wszyscy wydzierają sobie te ochłap (bo do tego to wszystko udało się sprowadzić) już wewnątrz kraju. To już nawet nie Polska, tylko Stocznia gdańska jest Chrystusem narodów. Absurd nr 2 (ale smutny i groźny) to szef kancelarii prezydenta, dla którego "palenie samochodow i opon" to normalka. Smutne, żałosne, chore i głupie. I nudne. Chce się puścić pawia na całą tę "Polskę" bez wyjątku. Na szczęście świeci słońce, mam sporo ciekawej pracy i mogę to wszystko po prostu mieć gdzieś. Gdyby nie to, że jednak obchodzi. Najwyraźniej to nieuleczalne. I co, czyżby to galopujący konsumpcjonizm nam zagrażał najbardziej? (tak, ovoo, "pun intended":-) Bo moim zdaniem - siermiężna, wrodzona u ludności nad Wisłą głupota i lenistwo umysłowe.

5 komentarzy:

  1. 1. Konsumpcjonizm galopuje, ale nie mówię, że to zagrożenie nr 1. Sama ostatnio pogalopowałam po sklepach. W końcu trzeba iśc z duchem czasu, nie?...

    2. Nie jestem ekspertem od współczesnych zagrożeń, ale bardziej niebezpieczna wydaje mi się wszechwładza i ogłupiające działanie mediów. Choć uwikłane są w polityczne i ekonomiczne rozgrywki, zatrudniają coraz gorzej opłacanych, niekompetentnych ludzi i oferują produkt coraz niższej jakości, to jednak dla większości ludzi pozostają autorytetem, wzorem, punktem odniesienia, wyrocznią, marzeniem, bóstwem, niepotrzebne skreślić.

    3. Głupota szeroko w świecie rozpowszechniona przecież... Może w czasie wizyt zagranicznych nie kłuje tak w oczy, bo czasu za mało. Nie sądzę, żebyśmy jako naród szczególnie się wybijali. Lubię czasem poczytać info lokalne z różnych krajów i mam wrażenie, że ludzie wszędzie są podobni.

    4. Lenistwo umysłowe to prawidłowa reakcja - każde zwierzę stara się osiągnąć coś jak najmniejszym kosztem, zużywając jak najmniej energii. W kraju, w którym szalenie ceni się wszystko, co zgodne z naturą i prawem bożym, jest to postawa jak najbardziej pożądana!

    5. Do listy zagrożeń dorzuciłabym gdzieś na samą górę to, co jemy. Coraz więcej zanieczyszczeń, chemikaliów, skażeń, podejrzanych modyfikacji, dodatków potrzebnych i niepotrzebnych, produktów niewiadomego pochodzenia... No bo najważniejsze jest obniżanie kosztów, nieprawdaż? A potem człowiek wychodzi na ulicę i na każdym rogu świr ;) A jak nie świr, to przynajmniej border.

    (Podobno to teraz modniejsze od ADHD. I jakie wygodne! Wystarczy na na dzień dobry poinformować, że ma się to zaburzenie, i hulaj dusza! Wolno wszystko! A jak doprowadzimy otoczenie do szału lub histerii i grozi nam lincz, oświadczamy, że halo, co za pretensje? przecież uprzedzaliśmy!)

    6. A propos tej najważniejszej konsumpcji - od lat głęboko się zastanawiam na lichością rodzimej gastronomii (mówię o polskiej średniej) i wciąż nie znalazłam odpowiedzi. Dlaczego ludzie akceptują to letniebylecoświeżościrozmaitej podawane w wielu lokalach? Skąd to się bierze?
    Rozważania na kulinarne tematy obudziły się ponownie pod wpływem markowej opowieści o cieszyńskiej gastronomii... ale tam komentować mogą tylko jacyś wybrańcy ;)

    ovoo

    OdpowiedzUsuń
  2. ad. 1. Ja sama mam mieszane uczucia - wydaje mi się, że w polskich warunkach te rajdy po sklepach zastępujące inne formy życia mogą też ciągle być jakąś kompensacją rosnącego rozwarstwienai społecznego. Mnie martwi coś innego: zalew masy artykułów kiepskiej jakości, 3-ciej klasy, tych najtańszych. Wiesz, "biednych ludzi nie stać na tanie rzeczy" - czego u nas jednak spora grupa nie łapie. Wydaje mi się po prostu, że kupowanie i konsumpcja mogą być swiadomymi, etycznymi wyborami, ale trudno o tym rozmawiać, kiedy wszystkie praktyki wrzuca się do jednego worka.

    ad 2. Z mediami sprawa nie ejst tak prosta, a zwłaszcza z tym, co robią z nimi tzw. odbiorcy, czyli zwykli ludzie. Często mają znacznie bardziej wnikliwy wgląd, niż sę wwydaje, Ostatnio jestem pod urokiem książki Michela de Certeau, "Wynaleźć codzienność", gdzie bardzo interesująco analizuje m.in. temat konsumpcji. Generalnie ednak zgadzam się z Tobą w jednym - to, kogo zatrudniają media w Polsce, woła o pomstę do nieba. Ale wystarczy pójść do barku na moim wydziale i zobaczyć "dziennikarstwo" - bardzo pewni siebie młodzieńcy z nażelowanymi włsami i butami w szpic oraz sporo bondynek z tipsami (to portret mentalny, nie fizyczny). I oni później występują w roli "znawców". Byłoby śmieszne, gdyby nie było tragifarsą.

    ad. 5. Święte słowa! Faktycznie o tym nie pomyślałam, a może to właśnie zamyka temat :-) (kiedy widzę, co ludzie kuoują do jedzenia...ta rzekoma mityczna polska znakomita żywność jest chyba największym zbiorowym mitem).

    ad 6. Chya właśnie z pwodu tego, do czego są przyzwyczajeni - płacąc za żywnosć najmniej, jak się da, rzadko zastanawiają się nad tym, że zaoszczędzona pieniądze wydadzą na lekarza. Z drugiej strony - wszystko w Polsce musi być od razu 2 razy droższe, jeśli jest tylko trochę lepszej jakości (no ale to dlatego, że cała reszta jest tak fatalna, błędne koło).

    P.S. zaraz zdopinguję Marka do zmiany ustawień, ale wtedy działam przeciw sobie, bo u mnie już nie będziesz komentować :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mrożek nie wyemigrował do Paryża, tylko do Nicei.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oops, dzięki za poprawkę, tak czy owak - obie miejscówki niezłe.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ad 2 - właściwie to nie materia ludzka licha, tylko to, co szefowie mediów z nią robią. Sama w tym siedzę od lat i znam dużo osób pracujących w mediach. Sensownych też tam znajdziesz - i ci męczą się i wstydzą, zmuszani do produkowania chały, bo klient tak właśnie sobie życzy.

    Ad 5 - nie sądzę, że zdrowa polska żywność to mit. Tyle, że w miastach trudno ją dostać. Posiadanie rodziny na wsi umożliwia poznanie niesamowicie smacznych produktów bez chemii, których w sklepie niestety nie uświadczysz... Tylko że przez to zrobiłam się zbyt uświadomiona, jak na polskie (ba! unijne!) standardy. I ciągle nie zgadzam się i domagam się. Bo wiem, jak smakuje prawdziwy pomidor czy jabłko...

    Znajomi to nazywają "wybredna". ;)

    Ad 6 - to dla mnie następna tajemnica, dlaczego w Polsce tak łatwo przychodzi producentom forsowanie kiepskich produktów. Niska świadomość konsumentów? Rozumiem, że konsument z kubkami smakowymi wypalonymi hamburgerami i zupkami w proszku może nie czuć, że je byle co, ale chyba widzi, że z ubrania (tzw. markowego również!) po krótkim czasie robi się szmata, a buty się rozklejają?

    A właśnie - czytałam, że najwięcej skarg konsumentów w Polsce dotyczy kiepskiej jakości obuwia. Nawet znane międzynarodowe marki sprzedają u nas produkty drugiego, trzeciego lub piętnastego sortu.

    A może ludzie nie wierzą, że protestowanie coś da? Bo klient wciąż ma małe szanse na dochodzenie swoich praw.

    Przykład 1. Ostatnio kupując coś w tanim sklepie z butami (czasem zachodzi taka potrzeba niestety) zapytałam z przyzwyczajenia o gwarancję, chociaż pamiętam, że sprzedawcę chyba zawsze obowiązują 2 lata rękojmi. Na co pani przy kasie: - Na te buty dajemy gwarancję 1 rok! - Rozśmieszyła mnie ta oczywista zapowiedź, że najdalej za rok produkt będzie się nadawał do śmieci, więc wspomniałam coś o przepisach itepe, na co pani ze znudzoną arogancją: - Zapewniam panią, że byli już tacy, co chcieli dochodzić... (tu zawieszenie głosu sugerujące marny ich los) Dajemy rok i koniec!

    Przykład 2. Krążę po sklepie sportowym (jeden z moich nałogów, ale nie mów nikomu!), oglądam buty, podchodzi miły młody sprzedawca. Pytam go, co by polecił, a on zaczyna od odradzania znanych marek. - Niech pani nie kupuje Adidasa czy Nike, bo drogie, a nie zawsze dobre... I w ogóle nie ma szans, że przyjmą reklamację. Mają jednego biegłego na cały kraj, który specjalizuje się w odrzucaniu reklamacji. Bo jak się chce, to zawsze znajdzie się winę po stronie klienta. A to, że chodził po deszczu, a to, że źle buty sznurował albo stopę ma krzywą...

    Zabawny ten kraj, nieprawdaż? :)

    ovoo

    P.S. Ja naprawdę myślę, że jedzenie to klucz. Moja najnowsza teoria (która jest moja, ja ją wymyśliłam i należy do mnie*) brzmi następująco: pizze XXXXL wywołują rozleniwienie umysłowe (patrz: przeciętny konsument), chipsy - niezborność ruchów (patrz: dzieci), napoje energetyzujące - rozbiegany wzrok (patrz: politycy), zupki chińskie - rozbiegane myśli (patrz: młodzież), a hamburgery - biegunkę słowną (patrz: prezenterzy radiowi).

    * http://www.youtube.com/watch?v=cAYDiPizDIs&feature=channel_page

    OdpowiedzUsuń