sobota, 30 maja 2009

filmy, part 1.

Przez chwilę będzie bardziej filmowo, bo Krakowski Festiwal Filmowy. Wczoraj udało nam się dotrzeć na znakomity dokument Paula Mazursky'ego (Yippee! A Journey to Jewish Joy), niezwykle "gęsta" wbrew pozorom opowieść o wyprawie do Humania, gdzie chasydzi z całego świata zjeżdżają się na Rosz Haszana, żeby celebrować to święto przy grobie rabinaBaal Szem Towa. Film opowiedziany w bardzo prosty pozornie sposób, wiele momentów ujawniało jednak dosyć gęstą tkankę historii i zawikłanych w nią ludzkich losów, uczuć, wspomnień (nawet tych, których nie ma szansy się pamiętać, a które wchodzą pod skórę). Wszystko przyprawione znakomitym poczuciem humoru ("Przychodzi Schwartz do Cohena..."), w wersjach z różnych stron świata. Po raz kolejny zastanawiałam się, ile straciliśmy wspólnej historii i jak długo jeszcze trzeba będzie się z tym mierzyć, jak długo głupi i bezduszni ludzie w tym kraju (oraz innych) będą ignorować tragedię żydowskiej Europy. Czy o tym w ogóle można kiedykolwiek zapomnieć? Lepiej jednak nie zapominać, nawet jeśli wiąże się z bólem, który chce się pozostawić poza sobą. Mam nadzieję, że Polacy kiedyś zrozumieją, że Holocaust to także część ich historii (i duszy), i że nie da się jej tak latwo amputować. To nie był film, który kazałby o tym myśleć, ale i tak zawsze o tym myślę przy tej okazji, wspominając niegdysiejszą rozmowę z Lanny Harrison w Nowym Jorku.
Dzisiaj z kolei najpierw "August-Beijing" Pod Baranami - do tej pory nie mogę się otrząsnąc z oszołomienia. Kilka filmów określonych mianem "niezależnych", pokazujących olimpiadę w Pekinie oczyma samych Chińczyków i chcę wierzyć w strategie krytyczne tych dokumentów sprowadzające się do pokazywania np. ochotniczych straży obywatelskich, złożonych głównie ze starszych osób, które były niegdyś "strażnikami Rewolucji" a teraz z równą gorliwością strzegły swoich wspónot przed "niepożądanymi" elementami. Inaczej bowiem to, co widzieliśmy, byłoby jednak zbyt dużą dozą absurdu (jak pierwszy, krotki dokument o wolontariuszce z Sichuanu, zmagającej się z poczuciem winy, gdyż w sytuacji, kiedy jje rodzinne miasto zostało zniszczone przez trzęsienie ziemi, ona czuje kłopot w związku z yciem wolontariuszką - końcowy akord bylłjednak zdecydowanie groteskowo propagandowy, nastolatka zrozumiała, że nie musi się dręczyć, gdyż "jeden świat, jedno marzenie" i sportowcy zdobywający medale na olimpiadzie wkładają w to tyle samo wysiłku, ile ratownicy w Sichuanie...). Później "zwykła rozmowa" w "zwykłej taksowce" (jasne, każdy taksówkarz w Chinach codziennie ma mnóstwo pasażerów z kamerami wypytujących, co myśli o olimpiadzie...). Reżyserka filmu nie byla zbyt skłonna dodyskusji i trudno ej się dziwić, bo towarzyszył jej oficjel w ładnie skrojonym garniturze (ale wyszliśmy wcześniej żeby zdążyć na kolejny pokaz, więc może w końcu byla jakaś rozmowa). Chcę wierzyć w jakąś ukrytą strategię krytyczną, bo nie chce mi się wierzyć, żeby ktokolwiek z chińskich czynników oficjalnych naprawdę miał nadzieję, że ten zestaw filmów przekona odbiorców zachodnich, iż olimpiada byla wielkim sportowym świętem i spełnieniem marzeń obywateli Chin. Znamienny był moment, w którym gorliwa szefowa straży obywatelskiej nakazala młodemu człowiekowi, żeby się przesunął - ten zadał logiczne pytanie: "ale dlaczego?", na które nie otrzymał odpowiedzi (prócz ponowionego nakazu), nie rezygnował jednak i pytał dalej. Widać było w tej krotkiej sekwencji zderzenie dwóch kultur: tej, która - wobec nakazu - pyta "dlaczego?" i tej, która takiego pytania w ogóle nie bierze pod uwagę. Generalnie bardzo kształcące doświadczenie, ale trudno się otrząsnąć.
A później pokaz w Mikro, z którego zapadła w pamięci oczywiście czeska "Anatomia gagu" oraz świetny brytyjski dokument o corridzie ("Red Sands"). Zabawny, lekki, acz dający do myślenia był także niemiecki found footage "("Gender Tapes"). Nie obejrzeliśmy za to wczoraj "Unmistaken Child", czego do tej pory nie możemy odżałować (bo w czwartek, na powtórzony pokaz w Mikro raczej też nie dotrę).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz