wtorek, 7 lutego 2012

wtf

Chrzanić to. Potrzebuję znowu przestrzeni ekshibicjonizmu oraz prywatnego mnemotoposu, whatever it  really is. O co chodzi? O to, że zgubiłam kilka cholernych kartek z cholernego kalendarza i jedynym sposobem na przypomnienie sobie paru dat - bo, niestety, nie rozmów, nazw i miejsc - okazało się sięgnięcie do tego bloga, do zapisków z 2006. Pisząc książkę, borykam się nieustannie z problemem archiwum, a raczej jego braku i dostrzegam (jak to się ładnie pisze, poniewczasie), że trzeba jednak było zachowywać WSZYSTKO. Stare kalendarze, stare zapiski, zgromadzone czasopisma i wycinki z gazet, ulotki i reklamy, kartki pocztowe i znaczki. To wszystko gdzieś jest; bez wątpienia przeleguje w którymś z pudeł, w jakiejś teczce lub worku foliowym między Krakowem a Nowym Sączem, w dwóch piwnicach i na piętnastu regałach. Brakuje tylko wolnych kilku miesięcy, żeby to sprawdzić. To jest jakiś pomysł, tanie wakacje we własnym archiwum. Powraca, wszystko powraca, w nowej konfiguracji, ale jednak znane: problem z archiwum z powodu książki jest też zainspirowany planem wydania nagrań... na kasecie. No i gdzie jest ten niebieski brulion, w którym zapisywałam sumy i ilości kaset FLY Music rozsyłane po Polsce, świecie i przyległościach? Do dzisiaj czuję w ręku jego ciężar i wiem, w którym miejscu się rozklejał od nadmiaru papierowych przekazów pocztowych. To nie nostalgia za minionym czasem, bo tego czasu niezbyt chętnie bym wrociła; to raczej nostalgia za rzeczami i za sposobem, w jaki przechowują pamięć. A dzisiaj dostrzegam, że taką "rzeczą" jest blog, choćby zawierał najwięcej literówek i naiwnych wpisów w podwyższonym stanie napięcia emocjonalnego. Co mi tam. Wracam.

1 komentarz: