czwartek, 3 września 2009

window (no)shopping

Jeszcze trochę sobie ponarzekam, a co tam. W końcu wczoraj były moje urodziny, jest już wrzesień, a tu 30 stopni i nie pada (chcę deszczu i mgieł!), siedząc nad pracami moich kochanych studentów znowu czuję się absolutnie wycięta (no, raz na jakiś czas trafia się ślad myśli oryginalnej lub samodzielnej - wcale nie tak rzadko, wiem, że mogłoby być gorzej, bo nasi studenci są najlepsi), jednym słowem, czuję, że wolno mi ponarzekać. Otóż kompletnie załamała mnie wyprawa do Galerii Krakowskiej w poszukiwaniu ciuchów. Co za ohyda w większości sklepów!!! Najbrzydsze kolory, jakich nawet wolę sobie nie wyobrażać (musztardowy, paskudna ciemna zieleń, z której starannie wyssano energię zieleni, ohydny burdelowy fiolet w zestawieniu z quasi-buraczkowym oraz wspomnianym już musztardowym, ów niesławny kobalt, ktorym katują nas już od jakichś trzech sezonów, jakimś sposobem nawet biel i czerń były w Reserved Orsayu i Mango paskudne!). Nie wspomnę już o fasonach, które są inspiracją najgorszymi aspektami mody lat 80. (jeszcze tylko watowanych ramion brakuje z początków lat 90., ale pewnie pojawią się, tfu, na psa urok!). Pewnym światełkiem w tunelu okazało się Tatuum i Peek&Cloppenburg, gdzie trafia się prawdziwy asortyment Vero Mody albo Esprit, a nie ten na Europę Środkową i Wschodnią. No przecież nie zacznę się ubierać w Monnari!!! Raz że to nie moja kieszeń; dwa, że nie moja broszka; trzy, że jeszcze nie osiągnęłam tego wieku; cztery, że nic mi się tam też nie podoba Do Zary nie doszłam, bo puściłabym pawia. Polskie sklepy są wyłącznie dla fashion victims albo dla średniego szczebla menadżerskiego ostatnich państwowych przedsiębiorstw (boziu, te "garsonki" i koszule dla osób bez biustu, w wiadomych z gory kolorach). Zawsze zresztą po powrocie skądinąd uderza mnie, że ludzie na ulicy są strasznie odpicowani, jakby codziennie byla niedziela i musieli założyć "kościółkowy" zestaw najlepszych ciuchów, i wszyscy sprawiają wrażenie umundurowanych, po powrocie z Amsterdamu naliczyłam na przystanku 8 par sandałów na słomkowych koturnach (co mnie przeraziło, bo kupiłam takie w ubiegłym roku). Zrobię sobie zakupy w Wiedniu po drodze do Linzu albo w Londynie w listopadzie. Kiedyś myślałabym, że to jakieś totalnie lanserskie zdanie świadczące o poważnych zaburzeniach osobowości i naglącej potrzebie show-offu, a dzisiaj wiem, że to krzyk rozpaczy. Hej, projektanci od Reserved, ocknijcie się wreszcie , idźcie może na jakiś spacer i przewietrzcie głowy, może w tym czasie komuś się uda zaprojektować przypadkiem coś fajnego. No chyba, że to jakaś sprytna, przemyślana strategia antykapitalistyczna, antykorporacjonistyczna, antykonsumpcjonistyczna i antyprzyjemnościowa (bo wraz ze mną po Reserved błąkało się stadko innych zagubionych kobiet, najwyraźniej bezskutecznie poszukujących CZEGOKOLWIEK, w czym wyglądałoby się nie jak manekin sklepowy); w takim przypadku: respect, pełny sukces.

2 komentarze:

  1. Och, jak pięknie wyraziłaś moje najgłębsze myśli! 90% ciuchów w polskich sklepach to brzydkie szmaty z surowców kategorii czwartej projektowane przez jakichś niedorozwiniętych estetycznie... idiotów po prostu! Pozostałe 10% kosztuje fortunę. Te 90% jest z reguły przyciasne albo przykrótkie albo na osobniki o figurze alienów, a po góra miesiącu i paru praniach zbiega się i defasonuje. O! No i to wzornictwo, pożal się boże... Czy naprawdę tak trudno puścić szew albo guziczki parę centymetrów w prawo albo w lewo? Zrobić materiał w kratkę, grochy czy kwiatki w kolorach nie gryzących się i nie obrzydliwych? To chyba nie wymaga ogromnych nakładów finansowych? Aż dziw bierze, jak to im się udaje, że konsumenci narzekają, ale łykają - ceny europejskie, a materiały i wykonanie - żenada. W dodatku niby dokładnie ten sam produkt, ale kupiony na Zachodzie, jest lepszej jakości, niż kupiony w Polsce. Nóż się w kieszeni otwiera. Ech.
    - ovoo

    OdpowiedzUsuń
  2. Ovoo, utwierdzilam się w tym przekonaniu po wizycie kilku sklepów w Linzu - Linz jest dość prowinjconalnym miastem w porównaniu z Krakowem (nie licząc Festiwalu Ars Electronica i tamtejszej Kunstakademie), naprawdę nie żartuję! W sklepie Triumpha widziałam jednak kilka rzeczy, których u nas do tej pory nigdy nie dostrzegłam, w dodatku wykonane bardzo porządnie z genialnej jakości satyny.

    OdpowiedzUsuń