poniedziałek, 14 września 2009

dość lenistwa





Dosyć tego lenistwa. W zapisywaniu, rzecz jasna, w zapisywaniu. W realu krążyłam bowiem między KRK (jesienne mgły już są! już nas zachwycają swoją czystą formą! już jesiennie boli głowa i powieki opadają, kiedy siedzi się w autobusie miejskim ok. 17.00!) Wiedniem (przytulne miszkanko Erica i Vanessy prawie w samym centrum), Linzem (to opiszę oddzielnie i gdzie indziej, Marek i tak wyjawił część moich telefonicznych relacji na gorąco z Ars Electronica) i Tatrami. I uwaga, uwaga - pierwszy raz w życiu widziałam kozice, hurrrra!!! Najbardziej podoba mi się ta wersja z leniwymi kozicami, które nawet się nie ruszyły - a przecież na pewno było nas słychać i czuć (tak, jak było słychać zgubionego koziołka, którego rodzicielka wcale nie pospieszyła mu na pomoc, tylko najwyraźniej uczyła radzić sobie samemu w trudnych sytuacjach - blisko półgodzinna obserwacja małego stadka kozic po raz kolejny byla pretekstem do dyskusji o ludziach, którzy sądzą, że zwierzęta pozbawione są uczuć, duszy i umiejętnosci komunikacji: chyba nigdy nie zrozumiem tych, którzy tak myślą). W każdym razie kozice były nagrodą za trzymanie się planu (nocleg na Zelenym Plesie mimo braku miejsc - od czego są urocze sale bardzo wieloosobowe z tzw. miejscem na śpiwór) oraz za wczesny wymarsz (byliśmy na podejściu pod Velką Svišt'ovkę najwyraźniej pierwsi, kozice patrolowały nas niemal od samego dołu). Przejście - jedno z piękniejszych w Tatrach - niestety, w wyższych partiach głównie we mgle.

I tak mieliśmy sporo szczęścia: po powrocie do domu przeczytałam, że w sobotę dwie osoby zginęły w Tatrac Zachodnich od pioruna. W Javorovej Dolinie mgły hasały po okolicznych szczytach (podobnie w kotle za Kieżmarskim Szczytem), ale prawie cały dzień było słońce. Ludzi w wyższych partiach Tatr coraz mniej, można już wychodzić na ulubione szlaki. Kocham Tatry. To tylko kwestia odpowiedniej pory - przy niezbyt pięknej pogodzie i poza sezonem ciąle jeszcze da się chodzić po Tatrach.

Niestety, zejście do Tatrzańskiej Łomnicy ze Skalnatego Plesa pokazało nam (po raz kolejny) mroczne oblicze przemysłowego i masowego narciarstwa: nigdy nie sądziłam, że można wyciąć w Tatrach taki pas kosówki. Zbocze zdewastowane, wszystkie nowe urządzenia bardzo tandetnie "wstawione" w teren, stok zupełnie niezabezpieczony przed erozją, ogólny budowlany smutek porzuconych workow po cemencie i innych takich. Nigdy nie będę jeździć na nartach w Tatrzańskiej Łomnicy (podobnie jak na Jaworzynie Krynickiej i w Wierchomli), do czego namawiam wszystkich posiadających odrobinę wrażliwości miłośników narciarstwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz