Posty

storczyki i Otomo Yoshihide

Udało mi się wyhodować moje własne storczyki! Obie odmiany zakwitły po raz drugi, to znaczy, że prawidlowo zostały przycięte po kwitnieniu i że im tutaj dobrze. Traktuję je więc pięknym uwtorem "Cathode no. 2" Otomo Yoshihide, oczywiście via last.fm. Kwiaty mają oczywiście trochę mniejsze, niż kiedy kwitły w sklepie, ale to zupełnie normalne. Wszystkie rośliny odchorowują intensywne napędzanie nawozami, jakie stosuje się w sklepach w celu zmuszenia ich do produkcji jak najbardziej widowiskowego ukwiecenia. Nawet Kocia przejawia odrobinę szacunku i nie podgryza ani liści, ani tym bardziej (zgroza na samą myśl!) kwiatów.

nie Kubinska Hola

...bo autokar przestraszył się, że nie będzie gdzie jeździć. Na stronach wprawdzie jest informacja jak wół, że dolne wyciągi nie jeżdżą i że nie ma warunków na narty (5 cm śniegu) a jeździć można na górze, ale pan pilot (to taka odmiana "ja wiem wszystko") upierał się, że przez telefon powiedziano mu, że stacja jest czynna. No bo jest czynna; tyle tylko, że u góry, gdzie zresztą chyba jest gdzie jeździć. No ale publika w autokarze wybrała Rohacze-Spaleną (w sumie fajnie, bo świetnie się tam jeździ i to moje ukochane Tatry). I tak po dodatkowej godzince wreszcie znaleźliśmy się na stoku, z resztką śniegu (ledwo, ledwo). Początkowo nie było zachęcająco: mgła i totalnie oblodzone trasy, ale po pierwsze: uwielbiam jeździć na nartach we mgle (to trochę jakby się szybowało w powietrzu), po drugie: lubię fajnie oblodzony stok (lepszy w każdym razie od topiącego się śniegu zgarnianego na kupy i ubijanego przez klęczących dykciarzy (o, pardon, snowboardowców). Można więc było nieźle...

nareszcie, nareszcie!

Cały tydzień bez nart, z gwałtownie znikającym śniegiem oraz ohydną wilgotną zawiesiną w powietrzu! Na szczęście jutro Kubinska Hola tym razem, śniegu podobno 45 cm, ale warunki "dobre". Cóż, zobaczymy. Wygląda na to, że jest tam gdzie pojeździć, nie znam tej stacji, ale mapki wyglądają sympatycznie. Czuję się kompletnie wycięta po 2 dniach pełnych biurokracji i procedur, wielokrotnego przeliczania, zdobywania podpisów, itp. czyli pracy nad wnioskiem badawczym. Gdyby chociaż 30 % tej energii można było oszczędzić, to polska nauka równałaby się z najlepszymi osiągnięciami amerykańskimi. Nie o to chodzi, że tam nie ma biurokracji (jest nawet większa!), sęk w tym, że tam ma to jakiś sens, tutaj ilość kłód rzucanych pod nogi w postaci kompletnie absurdalnych urządzeń społecznych przypomina teatr okrucieństwa i groteski. Wiem już chyba, na czym poelga problem tej czarnej dziury, ktora nas wszystkich tutaj wsysa, ona się bierze z megaton zmarnowanej energii wpuszczonej w nienaoliwi...

Obama upgrade

Spędziłam trochę czasu oglądając na CNN zaprzysiężenie Baracka Obamy. Jego przemówienie tuż po tym, kiedy stalo się jasne, że wygrał wybory, do dziisaj wisi na mojej tablicy obok biurka. Nawet mając świadomosć, że to CNN (które ma swoje strategie) i tak nie był to czas stracony. Znowu wróciła refleksja z listopada: zazdroszczę Amerykanom zdrowego idealizmu, wtedy, kiedy trzeba. Nie takiego nadętego i na pokaz. Przemówienie Obamy było po prostu piękne; ( w takiej wersi, jaka zostala przygotowana jest dostępne tutaj) nie chciałam sobie psuć przyjemnosci słuchania starannie wycyzelowanych figur, którego jednak nie maskowaly autentyzmu, a raczej go potęgowały jakimiś idiotycznymi komentarzami w stylu TVN 24, gdzie "znawcy" czasem przechodzą samych siebie w egocentrycznej jeździe (niezłym przykładem była dyskusja wokół filmu o braciach Bielskich, gdzie na 4 dyskutujące osoby tylko jedna - Tomasz Raczek - widziala rzeczony film). Chyba słusznie, M, doniósł mi jak, w TVP 1 komentow...

zimy ciąg dalszy

Zimy cd. choć w telewizji trwa zaklinanie odwilży, żeby przyszła - chyba z sukcesem, bo spadały dzisiaj wszystkie sople i nawisy śnieżne na dachach (na szczęście niewielkie). Patrzę na to wszystko z dużym niepokojem, bo śniegu w Tatrach i tak nie za dużo - udało się wprawdzie bardzo przyjemnie poszusować w Dolinie Rohacskiej w niedzielę, ale gołym okiem widać, że owe (rzekomo) 80 cm śniegu to raczej bardziej życzenia niż rzeczywistość. Uwielbiam narty, ale odstręczają mnie nieodmiennie grupowe formy narciarstwa; koleś, który obyspał mnie śniegiem przycinając na swoich, jak to poetycko ujął wrzeszcząc do kolegi "zajebistych, że huj" nartach tylko mnie rozbawił (zwłaszcza, że kiedy mijałam go w nieco bardziej oblodzonych i stromszych miejscach, to nie był już taki rozmowny). Całe kompanie ludzi kompletnie ślepych na resztę społeczeństwa i obdarzonych najwyraźniej upośledzeniem słuchowym oraz potrzebą spalania dużych ilości nikotyny właśnie w miejscu, gdzie można zjeść obiad ju...

-10 !

Obraz
I słońce powoli się ujawnia. To jednak -10, dzień wypełniony będzie bieganiną z jednego spotkania na inne, wszystkie ważne. Ratuje mnie Mia Doi Todd i jej płyta "The Golden State". Oraz fakt, że nikt nie kupuje miechunki (oznaczonej w polskich sklepach jako "physalis") i w efekcie całkiem pokaźne opakowania z pyszną kolumbijską miechunką staniały w lokalnym Carrefour Express do 5 zł. Yummy. Po drodze zakupię to, co jeszcze zostało.

rekonwalescencja

Obraz
I jak było do przewidzenia, zamiast pojechać na narty, piątek i sobotę spędziłam w łóżku lecząc szkody odniesione w trakcie podróży na niegościnne równiny środkowej Polski. Był to oczywiście dość miły czas, głównie wypełniony lekturą (choć piątkowe przedpołudnie upłynęło mi pod znakiem bolesnego podejmowania decyzji w obliczu piętrzącego się na poręczy sofy stosu książek odłożonych na "wolny czas": co czytać?). Kiedy jednak dzisiaj wreszcie zza mgieł wyjrzało słońce, nie mogłam już nie zauważać, że marnuję tak piękną zimę pod kocem. Wybraliśmy się więc na spacer w nasze ulubione przydomowe ostępy, czyli łąkami i bezdrożami w kierunku Pychowic oraz ul. Tynieckiej. Tym razem egoistycznie zagarnęłam aparat fotograficzny i udało mi się "złapać" ulubioną pustułkę (choć są opinie, że może to też być...drzemlik, który w Polsce wprawdzie nie zimuje, ale zagląda na przelotach - to możliwe, bo spotkaliśmy prócz nas wielu ornitologów z lornetkami). W każdym razie dryf starorz...

nie było mi do śmiechu

Obraz
wcale. Samochodowy "rajd" w śnieżycy przez stolicę należał do sportow ekstremalnych (z racji ekstremalnie małych prędkości, słynny paradoks Zenona ucieleśniony). Śnieżyca miała także i swoje plusy; kiedy o 18.30 dotarlam na peron (na ekspres do Krakowa o 18.15), to zobaczylam informację "Opóźniony o 60 min.". Potem informacja zmieniła się jeszcze na "80 min.", na szczęście kiedy tablice wyświetliły, że "1 godz. i 20 min.", to okazało się, że... kłamczuszki zarządzają ruchem na Dworcu Centralnym, bo ośnieżona torpeda wjeżdżała triumfalnie na peron. I tym sposobem, po jeszcze kilku mniejszych przygodach, cudownie znalazłam się w ostatniej 114 odjeżdżającej spod "Kijowa" o 23.02. Nie uchroniło mnie to, niestety, od kataru i bólu gardła (a dzisiaj jeszcze cały dzień zajęć, uuuuu). Co tylko potwierdza moją niewzruszoną już aktualnie tezę, że wyjazd na Mazowsze jest absolutnie szkodliwy. Nie ma piękniejszego widoku niż opłotki Nowej Huty z ok...

hu-hu-ha

Ale zima przecież wcale nie jest zła. Nawet to, że dzisiaj rano 2 kolejne autobusy nie odjechały z pętli Kampus UJ, a 2 następne dumnie glosiły "zjazd do zajezdni" nie wytrąciło mnie z dobrego humoru. Śnieg wszędzie i może nawet czekas nas Duży Mróz! Hurra! (Ciekawe, czy będzie mi do śmiechu w ekspresie do W-wy za 2 godziny!)

zimowo

Nareszcie przedsmak prawdziwej zimy! I to nie tylko na Sopatowcu i Przechybie, ale w Krakowie, sypie od rana! Ostatecznie powitaliśmy Nowy Rok w bardzo miłej atmosferze, spokojnie o 00.23 mogłam już z ulgą przyłożyć głowę do poduszki. Niebo było bajkowo rozgwieżdżone, kilka stopni mrozu, grzaniec przy ognisku. Nazajutrz ruszyliśmy na Przechybę i to było to! Śnieg, śnieg i jeszcze raz śnieg, wszędzie. Fajnie. Zwłaszcza, że w drodze powrotnej ruszyliśmy znajomym skrótem (oczywiście nieprzetartym, podobnie zresztą, jak spora część zielonego szlaku z Jazowska na Przechybę, którym podążaliśmy na górę). Po naleśnikach z czekoladą wszystko było jednak łatwiejsze, zejście można byłoby określić właściwie quasi-zjazdem. Wygląda na to, że za tydzień wreszcie pojeżdżę na nartach! Udało mi się wreszcie przeczytać "On the Town. One Hundred Years of Spectacle in Times Square" Marshalla Bermana, który przywrócił mi wiarę w to, że istnieje lewica myśląca, niedogmatyczna i rzeczywiście pozbaw...

i znowu koncówka roku

Kolejny Sylwester - znowu na Sopatowcu (to już chyba poza raz trzeci, albo czwarty?). Tym razem chętniej zaszylabym się w jakiejś odleglej siedzibie arktycznej albo choćby w opactwie tynieckim (mają tam pokoje do wynajęcia i nie musi się uczęszczać!), ale co zrobić, powitam NOwy Rok w grupie miłych ludzi (częściowo zapewne znanych). Zazdroszczę jednak trochę kotu i wszystkim, którzy mogą się zaszyć. Ma być mroźnie, to pocieszające i może wybierzemy się na Przehybę. Nie bierzemy nart, bo targamy ze sobą instrumenty. Mam nadzieję, że na szusowanie jeszcze przyjdzie pora, czas sylwestrowy to najgorszy okres z możliwych, zresztą Zakopane już podobno zakorkowane, w słowackich Tatrach mniej lub bardziej podobnie (ciekawe, czy są tłumy Rosjan i Ukraińców, jak w latach ubiegłych?).

Australia

Nie da się ukryć, wybrałam się na "Australię", głównie ze względu na Nicole Kidman, której rola w "Godzinach" na długo zapadła mi w pamięć oraz z powodu samej Australii, która pozostaje dla mnie miejscem fascnującym, aczkolwiek wciąż tajemniczym. Po wyjściu z kina pozostało nam oszołomienie: jak można zrobić tak niedobry film mając kilka tak kapitalnych tematów do dyspozycji? Długo by wyliczać: brak konsekwencji w fabule (może dlatego, że scenariusz pisały aż 4 osoby, które najwyraźniej miały ze sobą luźny kontakt); łzawość, ckliwość i tani sentymentalizm w dawkach horrendalnych (trzeba było uważać na buty, bo łzy publiczności, nas nie wyłączając, lały się strumieniami); schematyzm i naiwność wątku, który miałby być zapewne szlachetną w zamierzeniach krytyką kolonializmu oraz rozliczeniem z dramatem tzw. Straconego Pokolenia (a jest jednym wielkim stereotypem, mimo interesującego elementu dzieci z mieszanych związków). Aborygeni koniecznie muszą być albo ofiarami, a...

arktyka

Entry Island wygląda na idealne miejsce dla mnie (oprócz Cadrgu w Słoweńskich Alpach). POdobnie, jak terytorium Nunavik . Krótko mówiąc, opanowało mnie znowu arktyczne szaleństwo. Wiem już za to, czym polecimy do wiosek Nunavik, jak już się tam wybierzemy (bo stanie się to kiedyś bez wątpienia). Na razie jednak plan z ubiegłego roku, porzucony ze względu na brak czasu w lipcu i rozmaite terminy, które trzymały mnie w KRK prawie do końca lipca: góry Abisko za kręgiem polarnym, na pograniczu szwedzko-norweskim. Na razie śledzę zorzę polarną (a nuż się pojawi) z webkamerki na dachu Abisko Mountain Station. A w Jokkmokk już znają program tegorocznego Jokkmokks Marknad . Ech, jak fajnie byłoby znowu błąkać się po zasypanym śniegiem miasteczku przemieszczając się między jednym namiotem a drugim i słuchać, jak saamskie nastolatki na parkingu przed sklepem żartobliwie joikują... Anders chyba jednak nie dałby się namówić po raz drugi na wyścigi z reniferami na szosie, które przez blisko 400...

świątecznie

Powoli upływają święta (na świętowaniu, tzn. znajdujemy czas na rozmowy, kucharzenie i zasiadanie do stołu z przyjaciółmi, bez pośpiechu, bez poczucia udręki i bez zmęczenia). Przemieszczamy się między stołem, blatem kuchennym, sofą przed telewizorem oraz stanowiskiem kosaćców syberyjskich na tyłach budynku Motoroli; a wcześniej płynnie zrobiliśmy zakupy w Tesco i byłam zaskoczona, jak sprawnie i przyjemnie to się odbyło. Przypomniałam sobie te wszystkie moralizatorskie materiały telewizyjne, radiowe, gazetowe i wszelkie inne na temat komercjalizacji świąt. Jak zwykle odezwał się duch przekory i zaczęłam się zastanawiać, w czym problem? Live and let live. Nie u nas jednak, nasz kraj wypełniony jest prorokami wszelkich odmian, którzy wiedzą absolutnie wszystko, a już zwłaszcza to, jak żyć i co robić powinni ich współobywatele. Czasem atmosfera robi się ciężkawa, zazwyczaj przy okazji świąt. Ktoś, kto nie jest katolikiem i ma nietypowy układ rodzinny może czuć się kompletnie wyalienowany...

i oczywiście breja

Zgodnie z przewidywaniami na zewnątrz leżą zwłoki wczorajszego białego szaleństwa. Ale i tak wklepałam "Christmas songs" w Last.fm i pierwszym rezultatem okazał się evergreen White Christmas (tym razem w wykonaniu Boltona, wczoraj pierwszy był Bing Crosby). Późny, leniwy, rozkoszny poranek w łóżku i pachnąca kawa. Nie ma jednak aż tak cudownie, zaraz ruszamy na pierwszą fazę zakupów do Makro, ze śniadaniem po drodze w Ikei. Nie znoszę świątecznych zakupów.

śnieg, śnieg, śnieg!

M. tkwi gdzieś za Brzeskiem w autobusie, a tu śnieg, śnieg, śnieg! To nic, że się roztapia i wszystko jest wilgotne i rozpaćkane; jest go naprawdę dużo i nawet kiedy błąkałam się dzisiaj po ulicach, nawet kiedy stałam 20 minut w kolejce na poczcie, nawet kiedy tradycyjnie bezskutecznie (ok. 8 minut) czekałam na litość losu w postaci 114, 194 albo 178 na przystanku za Tesco, nawet wtedy czułam się absolutnie euforycznie, jak zawsze, kiedy po raz pierwszy naprawdę pada śnieg. Teraz trochę przestało, ale może jeszcze popada? Bo potem będzie już tylko szara breja, więc najfajniej jest, kiedy sypie.

gloomy

To bardzo ładne angielskie słówko jakże trafnie oddaje uroki krakowskiego grudniowego popołudnia, powiedzmy około 14.30, kiedy w przerwie między jednymi a drugimi zajęciami pochłaniam lazanię w Marago, śledząc na moim kochanym ekraniku nagłówki na Onecie albo gazeta.pl. Nie wiem, czy dzisiaj był jakiś dzień, bo trudno uznać za takowy szarą poświatę, która pochłonęła nie tylko klasztor kamedułów, który normalnie widać z mojego okna, ale także najbliższe wzgórza w Pychowicach, a nawet przepiękną rurę majaczącą w niezbyt odległej oddali na skrzyżowaniu z Zawiłą. Później prowadziłam wykład przy zasuniętych roletach i świetle obrazu z rzutnika. W każdym razie kiedy wreszcie o 14.30 mniej więcej podniosłam głowę znad mojej lazanii i wyjrzałam przez okno na niewyraźne kontury Plant i zamazane kształty przemieszczające się ul. Straszewskiego, ogarnęło mnie autentyczne, szczere zadziwienie stanem określanem właśnie mianem "gloominess". Pewnym rodzimym odpowiednikiem bylaby tutaj ...

ubywa

Ubywa słońca, dnia, energii... To dość niezwykły czas, odkąd pamiętam, grudzień był dla mnie szczególnym czasem, takim zawijaniem się w sobie i zapadaniem w letarg. I zawsze utwierdzała mnie w słuszności takiej postawy obserwacja roślin, krajobrazu i zwierząt. Dlatego grudniowe spacery są takie inspirujące. To wtedy najczęściej udaje się odnalexć prawdziwą ciszę, nawet w takim miejscu, jak Dolina Sąspowska w niedzielne przedpołudnie. Było idealnie: tylko my i mgła. Każde z naszej czworki mogło albo dołączyć do rozmów, albo wybrać własne tempo. Na codzień bardzo brakuje mi ciszy i samotności, wykorzystałam więc okazję, żeby posmakować tego rzadkiego daru. OBecność w Polsce Jego Świątobliwosci to temat na oddzielną historię. Towarzyszy mi w każdym razie głęboka wdzięcznosć za to, że można uczestniczyć w tym spotkaniu na wiele rożnych sposobów: rownież streaming spełnia tutaj niebagatelną rolę. Rzadko miewamy jakieś święta, hm, religijne (choć kwestia "religii" jest tutaj mocno ...

101

Dashboard mi podpowiada, że to mój 101-szy post! A więc dzień jest dzisiaj wyjątkowy - po pierwsze z powodu tej okrągłej liczby, po drugie właśnie skończyłam swój pierwszy film (z wędrówki po bułgarskich górach sprzed 3 lat, po trzecie... to za chwilę. Film jest naprawdę wyjątkowy, bo w tym roku bardzo rygorystycznie przestrzegano zakazu filmowania na terenie Rożeńskiego Monastyru, nie wspominając już o Rilskim. A my mamy sfilmowane dość dokładnie oba, włącznie z obrzędami święta Monastyru Rożeńskiego, które przypada na początek września. W Rilskim udało się uchwycić mnicha obchodzącego z drewnianą kołatką główną cerkiew oraz... ekipę z profesjonalnym sprzęem filmowym (statyw!), zawróconą spod drzwi. Nasze partyzanckie metody okazały się skuteczne, a może raczej niezłomna determinacja i szczególny związek z Pirinem. Po trzecie... w moim organizerze tkwi mały kartonik, o którym zapewne marzy wiele osób. Zaproszenie, które oznacza, że w poniedziałek mam duże szanse znaleźć się w Audytori...

cyberrobota

Po małej wyprawie do Gdańska wróciłam przeziębiona, z potwornym katarem. Ściślej rzecz biorąc, z katarem wyjechałam z Krakowa, a że EX Małopolska (albo inny potwór) przemierza obecnie trasę na Wybrzeże w 10 godzin, z czego 40 min. - 1 godz. tkwi się w uroczym szczerym polu podziwiając tzw. kostkę polską na Wielkiej Równinie i przyglądając się nieśpiesznej pracy zespołu koszałków-opałków z dumnym napisem "PLK Lublin" na plecach (dla niewtajemniczonych: Polskie Linie Kolejowe), przy czym przeciętna temperatura bardzo starannie zaprojektowanego wnętrza przedziału owej "strzały Północy" wynosi jakieś 38 stopni (Celsjusza) i to tylko dlatego taka niska, że okna mieliśmy otwarte po obu stronach, to...łatwo się domyśleć. No, big fun po prostu. O Gdańsku może będzie oddzielnie (nie, żadne z nas nie grało ani na lu-shengu, ani na miniharmonium, jak pisała Wyborcza, ale co tam), jak trochę ochłonę. Bo dzisiaj dobre 14 godzin siedziałam przy kompie uaktualniając, robiąc film,...